Anna siedziała przy oknie pociągu podmiejskiego i wciąż myślała o mamie. Przez trzy dni poiła ją rosołem, podawała tabletki, mierzyła temperaturę. Dopiero wczoraj wieczorem gorączka wreszcie odpuściła.
— Zostań jeszcze jeden dzień — prosiła rano matka.
— Marek jest sam, mamo. Pewnie żywi się suchymi bułkami i herbatą.
Teraz Anna żałowała, że jej nie posłuchała. Ale Marek dzwonił każdego wieczoru, pytał o mamę, narzekał na pustą lodówkę. Miał przy tym jakiś dziwny, zmęczony głos.
— Tęsknię — powiedział poprzedniej nocy.
Uśmiechnęła się wtedy. Trzydzieści lat razem, a on nadal tęskni. Dobry człowiek jej się trafił.
Pociąg kołysał się jednostajnie. Kobieta naprzeciwko chrupała paluszki i czytała romans. Na okładce szczupła dziewczyna obejmowała bruneta w eleganckim płaszczu. Anna zerknęła na własne odbicie w szybie. Zmarszczki, siwizna przy skroniach. Kiedy zdążyła się tak zestarzeć?
— Do męża pani jedzie? — zapytała współpasażerka.
— Tak, do domu.
— A ja do kochanka — zachichotała tamta. — Mąż myśli, że jestem u przyjaciółki.
Anna spłonęła rumieńcem i odwróciła wzrok. Jak można mówić o czymś takim tak zwyczajnie?
Telefon zawibrował.
„Jak mama? Kiedy będziesz?” — napisał Marek.
Spojrzała na godzinę. Do domu zostały trzy godziny. Chciała odpisać prawdę, lecz po chwili zmieniła zdanie. Niech ma niespodziankę. Wróci, zrobi kolację, nakryje stół. Ucieszy się.
„Jutro rano. Też tęsknię” — wysłała.
Marek od razu odpisał serduszkiem.
Za oknem migały ogródki działkowe i małe stacje. Anna wyjęła z torby termos z herbatą. Mama wcisnęła jej jeszcze kanapki, jakby Anna nie była dorosłą kobietą, tylko pierwszoklasistką.
— Całkiem mi schudłaś, córciu. Ten twój Marek chyba nie pilnuje, żebyś jadła porządnie.
— Mamo, mam już pięćdziesiąt pięć lat.
— Dla mnie zawsze będziesz dzieckiem.
Anna jadła kanapkę z szynką i myślała o matce. Mieszkała sama w tym samym bloku z wielkiej płyty, w którym Anna dorastała. Ojciec zmarł sześć lat temu, a mama uparcie odmawiała przeprowadzki.
— Macie swoje życie i tak mało miejsca — powtarzała. — Nie będę wam stara pod nogami chodzić.
A komu by przeszkadzała? Anna całe życie zajmowała się innymi. Najpierw rodzicami, potem Markiem, potem dziećmi. Pracowała w przedszkolu, ale po urodzeniu Pawła poszła na macierzyński. Później przyszła na świat Marta. I tak już została w domu.
— Po co ci praca? — mówił Marek. — Ja zarabiam. Ty zajmij się domem.
Zajmowała się. Trzydzieści lat. Gotowała, prała, sprzątała. Woziła dzieci na zajęcia, prasowała Markowi koszule, przyszywała guziki, pamiętała o wszystkim.
Dzieci dorosły i rozjechały się po świecie. Paweł osiadł we Wrocławiu i się ożenił. Marta wyszła za mąż i urodziła córeczkę. Anna została babcią.
I co dalej?
Pociąg zwolnił. Anna zebrała rzeczy, pożegnała współpasażerkę i wysiadła. Na peronie było głośno, ludzie cisnęli się do przystanku. Do domu miała jeszcze czterdzieści minut autobusem.
Jechała i wyobrażała sobie zdziwioną twarz Marka. On czeka jej jutro rano, a ona wróci już dziś. Po drodze wstąpi do Biedronki, kupi mięso, ziemniaki, coś na sałatkę. Przygotuje kolację, jak dawniej.
W sklepie napełniła dwie torby. Kasjerka uśmiechnęła się:
— Gości pani czeka?
— Nie, po prostu chcę ucieszyć męża.
Zakupy były ciężkie. Do klatki ledwo je doniosła. W windzie odetchnęła, a potem długo szukała kluczy w torebce.
Wreszcie otworzyła drzwi.
— Marek, to ja! — zawołała. — Przyjechałam!
Cisza. Pewnie spał. Było późno, prawie jedenasta.
Postawiła torby i zdjęła płaszcz. W mieszkaniu paliło się światło. Dziwne, bo Marek zawsze spał po ciemku.
Poszła do szafy i zamarła. Przy progu stały buty. Damskie. Czerwone, na wysokich obcasach. Drogie, błyszczące.
— Marek? — odezwała się ciszej.
Serce zaczęło jej bić coraz szybciej. Może to Marty? Córka miała klucze. Tylko czemu nie uprzedziła?
Z kuchni dobiegł kobiecy śmiech.
Anna zesztywniała. To na pewno nie była Marta. Głos był obcy.
— Marek, ale z ciebie komediant! — powiedziała nieznajoma.
— Anka wróci dopiero jutro. Zdążymy wszystko posprzątać — odparł mąż.
Anna oparła się o ścianę. Nogi nagle odmówiły posłuszeństwa. Co się dzieje? Kim jest ta kobieta?
— A jeśli wróci wcześniej? — spytała tamta.
— Nie wróci. Ona jest punktualna jak zegarek. Jak powiedziała, że jutro rano, to jutro rano.
Znów się roześmiali. Anna zamknęła oczy. Trudno jej było oddychać.
Cicho przeszła korytarzem. Drzwi do kuchni były uchylone. Zajrzała.
Przy stole siedział Marek w podkoszulku i dresach. Włosy miał potargane, twarz zadowoloną. Naprzeciwko niego młoda kobieta, około trzydziestki. Brunetka, ładna, pewna siebie. Na sobie miała jej, Anny, szlafrok.
Na stole stały dwa kieliszki, sałatka jarzynowa i kiszone ogórki. Marek trzymał kobietę za rękę.
— Iwona, jesteś cudowna — mówił półgłosem.
Iwona? Kim była Iwona?
— A twoja żona? — zapytała kokieteryjnie. — Przecież mówiłeś, że ją kochasz.
— Kocham. Ale to co innego. Przy tobie czuję, że żyję.
Anna wczepiła się w futrynę. Przed oczami zrobiło jej się ciemno. Trzydzieści lat małżeństwa. Trzydzieści lat wiary, troski i cierpliwości. A on…
— Marek — wyszeptała.
Oboje odwrócili się gwałtownie. Marek pobladł, otworzył usta. Kobieta zerwała się i poprawiła szlafrok.
— Aniu? Ty przecież… miałaś być jutro — wyjąkał.
— Kto to jest? — Anna wskazała brunetkę drżącą ręką.
— To Iwona. Koleżanka z pracy.
— Koleżanka? — Anna spojrzała na kobietę w swoim szlafroku. — Koleżanka w moim szlafroku?
— Ja chyba pójdę — Iwona ruszyła do drzwi. — Marek, zadzwonimy do siebie.
— Stój! — krzyknęła Anna. — Nigdzie nie pójdziesz. Macie mi wyjaśnić, co tu się dzieje.
Iwona zatrzymała się. Na jej twarzy było widać winę, ale niezbyt głęboką.
— My tylko rozmawialiśmy — powiedziała. — Marek pomagał mi przy sprawozdaniu.
— Przy sprawozdaniu? — Anna zaśmiała się nerwowo. — W środku nocy? W moim szlafroku?
— Aniu, uspokój się — Marek wstał. — To nie tak, jak myślisz. Iwona prosiła o pomoc w pracy. Poszedłem do niej, potem zaproponowała herbatę…
— Herbatę? — Anna wskazała kieliszki. — To jest herbata?
— Trochę wypiliśmy.
— Założyła mój szlafrok! W moim mieszkaniu! Przy moim stole! Kiedy ja opiekowałam się chorą matką!
Marek zrobił krok naprzód.
— Aniu, nie krzycz. Sąsiedzi usłyszą.
— Sąsiedzi? — odsunęła się. — Ty się martwisz o sąsiadów? A o mnie myślałeś, kiedy sprowadzałeś tu tę… tę…
— Nic nie było! — złapał ją za ramiona. — Przysięgam, nic!
Anna spojrzała mu w oczy. Był w nich strach, panika i kłamstwo. Po tylu latach umiała czytać go jak otwartą książkę.
— Puść mnie — powiedziała.
— Aniu…
— Powiedziałam: PUŚĆ.
Marek cofnął ręce. Drżały.
— Ja pójdę — wymamrotała Iwona i znów ruszyła do wyjścia.
— Stój! — warknęła Anna. — Najpierw zdejmij mój szlafrok.
— Aniu, przy mnie? — Marek próbował stanąć między nimi.
— A co, nagle się wstydzisz? — Anna odepchnęła go. — Nie wstydziłeś się sadzać jej przy moim stole.
Iwona zdjęła szlafrok i rzuciła go na krzesło. Pod spodem miała obcisłe dżinsy i top.
— Przepraszam — rzuciła i wybiegła.
Drzwi trzasnęły.
Anna usiadła i zasłoniła twarz dłońmi. Nie płakała. W środku czuła tylko pustkę, jakby ktoś wyrwał jej serce.
— Aniu, porozmawiajmy spokojnie — Marek usiadł obok. — Wszystko wyjaśnię.
— Wyjaśniaj.
— Iwona naprawdę poprosiła o pomoc. Poszedłem, zrobiłem jej sprawozdanie. Potem wypiliśmy za dobrą robotę.
— O dziewiątej wieczorem?
— Tak wyszło.
— Do drugiej w nocy? — Anna podniosła głowę. — Pięć godzin robiliście „sprawozdanie”?
Marek milczał. Twarz miał czerwoną, spoconą.
— Nie jestem idiotką — powiedziała cicho. — Trzydzieści lat razem. Widzę, kiedy kłamiesz.
— Nic nie było! Tylko rozmawialiśmy! Ona jest samotna, nie ma z kim pogadać.
— A ze mną ty nie masz o czym rozmawiać?
— Z tobą rozmawiamy o domu. O wnuczce, o twojej mamie. A z nią… o czymś innym.
Anna wstała. W piersi zapiekło ją boleśnie.
— O czymś innym? A ja kim jestem? Meblem kuchennym?
— Nie to miałem na myśli.
— To co? — uderzyła pięścią w stół. — Trzydzieści lat zajmowałam się domem! Dla ciebie, dla dzieci! Pogrzebałam swoją pracę! A ty mówisz, że ze mną nieciekawie?
— Aniu, uspokój się.
— Nie uspokoję się! — chodziła po kuchni jak tygrysica w klatce. — Prasuję ci koszule, gotuję obiady, sprzątam mieszkanie, a ty z koleżankami rozmawiasz „o czymś innym”!
— Ona jest sama…
— Sama? Właśnie teraz sama? — Anna zatrzymała się. — A ile ich było przed nią?
— Nikogo!
— Kłamiesz! Ile razy zostawałeś po godzinach? Ile było „narad”, „szkoleń”, „integracji”?
— To była praca!
— Taka jak dzisiaj z Iwoną?
Marek spuścił głowę.
— Aniu, ja cię kocham. Naprawdę. Jesteś mi najbliższa.
— Najbliższa? — zaśmiała się. — Jak stare, wygodne kapcie?
— Jak mam mówić?
Wtedy dopiero popłynęły łzy.
— Oddałam ci całe życie. Całe! A ty co? Szukasz młodszych?
— Nie szukam! Iwona sama…
— Sama co? Sama weszła w mój szlafrok? Sama wzięła cię za rękę? Sama postawiła kieliszki?
Marek milczał.
— Odpowiadaj! Sama?
— Oboje tego chcieliśmy! — wyrzucił z siebie.
Anna chwyciła się za pierś.
— Czyli ty też chciałeś. Czyli ty ją…
— Aniu, nie.
— Ile to trwa? ILE?
— Trzy miesiące.
Anna osunęła się na podłogę.
— Trzy miesiące patrzyłeś mi w oczy, całowałeś na dobranoc, mówiłeś, że kochasz. A sam z nią…
— Rzadko się widywaliśmy!
— Rzadko? Czyli jednak się widywaliście. — Anna podniosła się, trzymając szafki. — Koniec. Wszystko skończone.
— Dokąd idziesz?
— Nie twoja sprawa. Byle dalej od ciebie.
Poszła do przedpokoju. Marek pobiegł za nią.
— Zostań. Porozmawiamy rano, z jasną głową.
— Z jasną głową? — wciągała płaszcz. — Ja teraz całe życie będę musiała myśleć z jasną głową.
— Nie wychodź, proszę.
Odwróciła się. Stał w znoszonych bokserkach i podkoszulku, łysiejący, z miękkim brzuchem. Wydał jej się nagle żałosny.
— Idź do swojej Iwony — powiedziała. — Porozmawiacie „o czymś innym”.
Trzasnęła drzwiami i zbiegła po schodach. Nie czekała na windę, bała się, że Marek ją dogoni.
Na dworze było zimno. Nie wiedziała, dokąd pójść. Do Marty nie pojedzie, bo obudzi wnuczkę. Do mamy daleko, ostatni pociąg odjechał.
Przypomniała sobie o Ewie, przyjaciółce z sąsiedniego osiedla. Zadzwoniła.
— Anka? Co ty robisz o trzeciej w nocy? — usłyszała zaspany głos.
— Ewka, mogę do ciebie? Bardzo muszę.
— Jasne. Co się stało?
— Opowiem.
W taksówce myślała tylko o tym, że trzydzieści lat życia rozsypało się w jedną noc. Została pustka i zdrada.
Ewa otworzyła w pogniecionym szlafroku.
— Siadaj. Wstawię wodę. Mów.
Anna opowiedziała wszystko. Ewa słuchała i kręciła głową.
— Drań — podsumowała. — Wszystkim za dobrze, to im się w głowach przewraca.
— Nie wiem, co robić.
— A co tu myśleć? Rozwiedź się.
Anna milczała.
— Właśnie dlatego on uważa, że wszystko wytrzymasz — dodała Ewa.
Tej nocy Anna nie spała. Leżała na kanapie i wspominała, jak poznali się na studiach, jak Marek przyniósł jej kwiaty na pierwszą randkę, jak rodziły się dzieci, jak on z czasem coraz częściej wracał późno.
Kiedy wszystko zaczęło się psuć? Dwa lata temu był już chłodniejszy i bardziej obcy. Myślała, że to zmęczenie, kryzys wieku średniego.
A on po prostu znalazł kogoś młodszego.
Rano zadzwoniła Marta.
— Mamo, co się stało? Tata dzwonił, szuka cię.
— Powiedz mu, że jestem u cioci Ewy. Muszę pomyśleć.
— O czym?
— Później ci wyjaśnię, córeczko.
Marek wydzwaniał cały dzień. Anna nie odebrała ani razu. Wieczorem przyjechał do Ewy.
— Anna jest? — zapytał w drzwiach.
— Jestem — wyszła do przedpokoju. — Czego chcesz?
— Porozmawiać. Po ludzku.
— Mów.
— Zerwałem z Iwoną. Koniec. Więcej jej nie zobaczę.
— Do następnej Iwony.
— Nie będzie następnej. Przysięgam.
Patrzyła na niego. Zmęczona twarz, pognieciona koszula. Może mówił szczerze. Może naprawdę się bał.
— Marek, ja też myślałam — powiedziała spokojnie. — Mam pięćdziesiąt pięć lat. Może czas pożyć dla siebie.
— Jak dla siebie?
— Znajdę pracę. Zobaczę świat. Zastanowię się, czego ja chcę, a nie tylko czego chcesz ty.
— Aniu, jesteśmy rodziną.
— Rodzina jest wtedy, kiedy jest dwoje ludzi. A nie wtedy, kiedy jedno żyje wygodnie, a drugie po nim sprząta.
— Zmienię się.

— Zamieszkamy osobno. Ty pomyślisz o swoim, ja o swoim.
— To rozwód?
— Przerwa. Jeśli zrozumiesz, że potrzebujesz mnie nie tylko jako kucharki i praczki, przyjdź. Jeśli nie… trudno.
Marek długo milczał. Potem skinął głową.
— Dobrze. Ale będę o ciebie walczył.
— Zobaczymy.
Wyszedł. Ewa objęła Annę.
— Dobrze zrobiłaś.

— Boję się.
— Jasne, że się boisz. Ale przynajmniej uczciwie.
Anna podeszła do okna. Na zewnątrz mżyło. Nowe życie w wieku pięćdziesięciu pięciu lat brzmiało niedorzecznie. A może właśnie tak miało być.
Jutro poszuka pracy. Potem pojedzie do mamy i porozmawia z nią naprawdę. Dawno tego nie robiły.
A dalej się okaże. Może Marek oprzytomnieje. A może Anna zrozumie, że bez niego też da się żyć.
Najważniejsze, żeby nauczyć się żyć także dla siebie, nie tylko dla innych.
Deszcz stukał w szybę. Anna uśmiechnęła się pierwszy raz od doby.