Uwierzyła, że narzeczony odnalazł jej ojca, lecz prawda o tym spotkaniu rozbiła ślubne plany

Klara, pracując w Akademii Muzycznej imienia Fryderyka Chopina, nigdy nie interesowała się niczym tak naprawdę poza muzyką. Od dzieciństwa jej światem była matka i fortepian. Miała dwadzieścia osiem lat, nie była mężatką, choć krótko spotykała się z kolegą z pracy. Rozstali się spokojnie, bo dwoje zdolnych ludzi, zamkniętych w swoich własnych światach, nie potrafiło iść jedną drogą.

Od trzech miesięcy widywała się jednak z Markiem, radcą prawnym poznanym przypadkiem w kawiarni niedaleko akademii. Nie chciała wtedy wracać do mieszkania. Jej matka niedawno umarła, a cisza w domu była tak nieznośna, że Klara wolała siedzieć nad zimną kawą niż przekroczyć próg pustych pokoi.

— Wygląda pani na smutną — powiedział Marek, podchodząc do jej stolika. Już od kilku minut patrzył na nią znad filiżanki. — Jestem Marek. A pani?

Była piękna, ale chłodna i odległa, jakby stała po drugiej stronie szyby. Dlatego postanowił się odezwać.

— Klara — odpowiedziała cicho, z bladym uśmiechem.

Zaczęli spotykać się regularnie. Marek często przychodził wieczorami, czasem zostawał na noc, a po pewnym czasie nawet się oświadczył. Ona jednak nie umiała się zgodzić.

— Nie mogę jeszcze powiedzieć „tak”, Marku. Dopiero straciłam mamę.

Matka wychowała ją sama. Klara nigdy nie znała ojca, nie wiedziała, kim był ani dokąd odszedł. Nie pytała, bo czuła, że dla matki to rana, której nie wolno dotykać. Teraz żal i samotność przygniatały ją coraz mocniej, a myśl o odnalezieniu ojca wracała każdego dnia.

— Sama nie wiem, co mam czuć — przyznała przed Markiem. — Nigdy go nie widziałam. A jeśli on wcale nie chce mnie znać?

Klara żyła pod opieką matki tak długo, że nie nauczyła się zwykłych, praktycznych spraw: rachunków, dokumentów, urzędów. Mama nieraz powtarzała:

— Klaro, musisz się tego nauczyć. Co zrobisz, kiedy mnie zabraknie? Jesteś zupełnie oderwana od prawdziwego życia.

— Ale ty wszystkim zajmujesz się najlepiej, mamo. Po co mam sobie tym zaprzątać głowę? — śmiała się wtedy.

Życie okazało się jednak bezlitosne. Choroba przyszła nagle i w kilka tygodni zabrała matkę. Lekarze tylko rozkładali ręce.

— Wszystko postępowało zbyt szybko. Musiała ukrywać objawy, żeby pani nie martwić.

Marek był spostrzegawczy. Gdy pierwszy raz wszedł do mieszkania Klary, od razu zwrócił uwagę na drogie obrazy wiszące na ścianach. Ona wychowała się wśród nich i nie widziała w nich nic niezwykłego. On natomiast dobrze rozumiał ich wartość.

Wieczorami Klara grała na fortepianie, przygotowując się do koncertów, a Marek słuchał albo udawał, że słucha. Zdążył już pojąć, że może na tej znajomości wiele zyskać. Przeglądał dokumenty i listy po jej matce. Jedyną bliską krewną była ciotka Krystyna, mieszkająca w Gdańsku. Marek postanowił jak najszybciej poślubić Klarę, wiedząc, że jest jedyną spadkobierczynią.

Jej wahanie coraz bardziej go drażniło. Znała go krótko i nie była pewna przyszłości. On jednak nalegał cierpliwie, a gdy zauważył, jak bardzo pragnie znaleźć ojca, uznał, że właśnie tego użyje.

Pewnego dnia oznajmił:

— Wieczorem przyjdą goście. Wstąpmy po szampana.

— Goście? Jacy?

— Znalazłem twojego ojca.

— Marku, naprawdę? Jest tutaj, w Warszawie? Zawsze myślałam, że może mieszka za granicą.

— Jest tutaj.

Pół godziny po powrocie rozległ się dzwonek. Marek otworzył drzwi, a Klara zobaczyła wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę.

— Moja córka — zawołał i objął ją. — Jesteś piękna. Nazywam się Wiktor Wysocki.

Klara rzeczywiście miała na drugie imię Wiktoria. Rozmawiali przez wiele godzin.

— Z twoją matką rozstaliśmy się dawno temu, ale nigdy nie powiedziała mi, że była w ciąży.

Marek natychmiast wykorzystał chwilę.

— Panie Wiktorze, skoro tak się sprawy ułożyły, czy mogę prosić o rękę pańskiej córki?

Klara, wciąż oszołomiona, zawahała się.

— Jeśli Marek cię kocha, daję wam błogosławieństwo — uśmiechnął się Wiktor. — Będę czekał na zaproszenie na ślub.

Od tej pory Wiktor zaczął bywać u niej często. Klara jednak dowiedziała się niewiele o jego przeszłości z jej matką, poza tym, że ich relacja była krótka.

Wysłała zaproszenie do ciotki Krystyny i jej męża. Przyjechali wcześniej, żeby pomóc w przygotowaniach. Pewnego wieczoru znowu zadzwonił dzwonek.

— Och, podróż pociągiem trwała wieki — powiedziała Krystyna, obejmując siostrzenicę.

Poznali Marka, a on szybko się wycofał, zostawiając Klarę z rodziną.

— Ciociu Krystyno, znalazłam ojca… właściwie Marek go znalazł.

— Jak się nazywa?

— Wiktor Wysocki. Przecież mam na drugie imię Wiktoria.

Krystyna wymieniła z mężem zaniepokojone spojrzenie.

— O Boże — szepnęła.

— Co się stało?

— Twój ojciec nie ma na imię Wiktor. To Jerzy, Jerzy Wolski. W twoim akcie urodzenia nie wpisano ojca. Drugie imię wymyśliła twoja matka. Klaro, wiem wszystko. Irena nie chciała, żebyś znała prawdę. Twoim ojcem jest Jerzy Wolski, dziekan twojej akademii muzycznej.

— Jerzy Wolski? Mój profesor fortepianu? Więc kim jest Wiktor Wysocki?

— Właśnie o to trzeba zapytać Marka. Po co ta farsa? Załatwiłaś już spadek? Minęło prawie pół roku od śmierci Ireny.

— Jeszcze nie. Myślałam, że chodzi tylko o mieszkanie…

— Dziecko, jaka ty jesteś naiwna. Twoi dziadkowie byli zamożni. Te obrazy są warte fortunę. Twoja matka miała duże konto w banku. A skoro my nie mamy dzieci, ty jesteś również naszą spadkobierczynią.

Klara odwołała ślub. Nigdy nie myślała o pieniądzach, lecz teraz zrozumiała, dlaczego Markowi tak się spieszyło.

— Ciociu, czy Jerzy Wolski wie o mnie?

— Nie. Jego matka doprowadziła do małżeństwa z inną kobietą i rozdzieliła go z Ireną. Twoja mama dowiedziała się o ciąży dopiero po rozstaniu. Jerzy ożenił się, myśląc, że Irena ułożyła sobie życie. Ona nigdy mu nie powiedziała.

Tego wieczoru Marek przeżył wstrząs. Klara spakowała jego rzeczy. W obecności Krystyny i jej męża wyszedł bez protestu, bo zrozumiał, że został zdemaskowany.

— Czuję ulgę — wyznała Klara. — Coś w Marku od początku nie dawało mi spokoju.

Następnego dnia Krystyna przywitała ją wiadomością.

— Dziś wieczorem będziemy mieli gościa.

— Kogo znowu?

— Zobaczysz.

Kiedy zadzwonił dzwonek, Krystyna wróciła do pokoju z Jerzym Wolskim.

— Mój Boże, wyglądasz zupełnie jak ja — powiedział profesor, wyciągając ramiona. — Wybacz mi, Klaro. Niczego nie wiedziałem.

Rozmawiali do późnej nocy. Klara dowiedziała się, że ma przyrodniego brata, żołnierza służącego za granicą.

— Tylko ty odziedziczyłaś po mnie miłość do muzyki — powiedział Jerzy ciepło. — Jestem z ciebie dumny.

— Teraz wiem, skąd ją mam — roześmiała się Klara.

Z czasem zbliżyła się do ojca, jego żony, a także do przyrodniego brata, gdy przyjeżdżał do kraju.

Rok później Klara wyszła za Pawła, syna dawnego przyjaciela Jerzego. Wykładał ekonomię na uniwersytecie i zakochał się w niej niemal od razu.

Krystyna i jej mąż byli na weselu, szczęśliwi, że Paweł okazał się człowiekiem spokojnym, uczciwym i godnym zaufania.

Klara zrozumiała w końcu, że prawda, choć bolesna, jest łaskawsza niż kłamstwo. Rodzina, odnaleziona albo dana przez los, była jej prawdziwym bogactwem.