— Babcia nie jest nam potrzebna! — rzuciły niemal chórem wnuki podczas rodzinnej narady.
— Trzy tysiące złotych za tego rozklekotanego grata?! — pan Jan z hukiem opuścił maskę starego fiata i spojrzał na sprzedawcę z gniewem. — Przecież tu wszystko trzyma się na rdzy i dobrym słowie!
— To nie grat, tylko klasyk — odparł spokojnie sprzedawca, głaszcząc wytartą kierownicę. — Rocznik siedemdziesiąty szósty, porządna robota z Żerania. Papiery są, silnik po remoncie. Chodzi jak zegarek.
— Jak zegarek, który od dziesięciu lat leży w szufladzie — prychnął pan Jan i odwrócił się do żony. — Marysiu, chodźmy. Nie będę wyrzucał pieniędzy na złom.
Pani Maria uśmiechnęła się do sprzedawcy z zakłopotaniem.
— Przepraszamy, ale mąż ma rację. Potrzebujemy auta, żeby wozić rzeczy na działkę, czasem wyjechać za miasto. A ten samochód…
— Bierzcie państwo, naprawdę nie pożałujecie! — sprzedawca zajrzał jej w oczy. — Dla państwa zejdę z ceny. Dwa tysiące osiemset i odjeżdżacie.
— Nie, dziękujemy — odpowiedziała stanowczo pani Maria i wsunęła rękę pod ramię męża. — Poszukamy jeszcze.
Szli w milczeniu pomiędzy garażami. Pan Jan wciąż kipiał ze złości, a pani Maria coraz bardziej się martwiła. Lato było tuż-tuż, a bez samochodu na działkę trudno było się wyrwać. Odkąd ich wysłużonego malucha skasował jakiś pirat drogowy — całe szczęście, że im samym skończyło się tylko na strachu — zostawał im zatłoczony autobus z przesiadką albo proszenie sąsiadów o podwózkę.
— Może jednak weźmiemy kredyt na coś nowszego? — zaproponowała nieśmiało, gdy wyszli za bramę.
— Przy naszych emeryturach? — pan Jan krzywo się uśmiechnął. — Nie. Znajdziemy używany, ale normalny. Trzeba po prostu szukać dalej.
— Tylko że zaraz trzeba przekopać grządki — pani Maria poprawiła chustkę, bo wiatr wciąż był chłodny. — Dzieci obiecały pomóc, ale sam wiesz, jak to wygląda. Paweł ma pracę, Kasia swoje sprawy…
— No właśnie! — pan Jan nagle się ożywił. — A gdyby poprosić panią Zofię?
— Moją mamę?! — pani Maria szeroko otworzyła oczy. — Ona ma siedemdziesiąt dziewięć lat!
— I co z tego? — machnął ręką mąż. — Twoja matka ma więcej siły niż my oboje. Rano gimnastyka, potem sklep, potem herbatka z koleżankami. Poza tym ma oszczędności. Sama mówiła, że odkłada na czarną godzinę.
— Janek! — pani Maria aż uniosła ręce. — Jak ci nie wstyd? To są jej pieniądze, odkładała je całe życie. I chciała coś zostawić wnukom.
— To właśnie weźmiemy dla wnuków! — nie ustępował pan Jan. — Kupimy samochód i będziemy ich zabierać na działkę. Świeże powietrze, jagody, ryby. Samo zdrowie!
Pani Maria pokręciła głową, ale zamilkła. Sama myśl, że miałaby prosić matkę o pieniądze, była dla niej przykra. I tak widywały się rzadko. Pani Zofia mieszkała sama w starym bloku z wielkiej płyty na obrzeżach miasta, dojazd był niewygodny. A teraz mieliby przyjechać z taką sprawą…
W domu czekały już dzieci z wnukami: Paweł z żoną Moniką i czternastoletnim Kacprem oraz Kasia z mężem Marcinem i bliźniakami, Olą i Kubą, którzy niedawno skończyli dwanaście lat. Zebrali się na tradycyjny niedzielny obiad.
— I co, znaleźliście jakieś auto? — zapytał Paweł, rozstawiając talerze.
— Nie — westchnęła pani Maria. — Albo kosztuje jak złoto, albo rozpada się od samego patrzenia.
— A tata proponuje pożyczyć od babci Zosi — wypalił niespodziewanie pan Jan, wchodząc do kuchni. — Przecież ma oszczędności.
— Od babci Zosi? — zdziwiła się Kasia, krojąc chleb. — A ona się zgodzi?
— Nie wiem — przyznała pani Maria. — Jeszcze nawet nie pytałam. I wcale nie jestem pewna, czy powinnam.
— A dlaczego nie? — pan Jan usiadł przy stole. — Komu ona te pieniądze zostawi? Wnukom!
— Chciała, żeby poszły na ich naukę — przypomniała pani Maria.
— No i co? Działka też jest edukacyjna! Biologia w praktyce!
Wszyscy się roześmiali i rozmowa przeszła na inne tematy. Ale po obiedzie pan Jan wrócił do swojego planu.
— Marysiu, ja mówię poważnie — powiedział, pomagając sprzątać ze stołu. — Trzeba porozmawiać z twoją mamą. To są rodzinne pieniądze i powinny służyć rodzinie.
— Nie wiem, Janku — zawahała się pani Maria. — Mama jest samodzielna. Nie lubi, kiedy ktoś wtrąca się w jej finanse.
— Kto mówi o wtrącaniu? — pan Jan machnął dłonią. — Po prostu wyjaśnimy sytuację. Przecież nie prosimy na kasyno, tylko na potrzebną rzecz.
Wieczorem, kiedy wszyscy siedzieli przed telewizorem, pan Jan nagle rzucił:
— A może przeprowadzimy babcię Zosię do nas?
— Dokąd?! — pani Maria o mało nie zakrztusiła się herbatą. — Przecież u nas i tak jest ciasno!
— Schowek można przerobić — zaproponował pan Jan. — Albo kanapa w dużym pokoju. Nie będzie sama, a my będziemy spokojniejsi. W końcu wiek robi swoje.
— A jej mieszkanie? — ostrożnie spytał Paweł.
— Wynajmiemy! — ucieszył się pan Jan. — Dwa pokoje, nawet na obrzeżach, dadzą ze dwa tysiące miesięcznie. Będą pieniądze i na auto, i na działkę.
Pani Maria zmarszczyła brwi.
— Ty mówisz o mojej mamie czy o dojnym zwierzęciu? Ona przeżyła w tym mieszkaniu pół wieku. Tam jest całe jej życie.
— Daj spokój — zbył ją pan Jan. — Jakie życie w tym wieku? Jej potrzeba opieki.
Wtedy odezwał się Kacper, odrywając wzrok od telefonu.
— A babcia Zosia wie już o tych waszych planach?
— Nie — przyznał pan Jan. — Dopiero chcemy jej zaproponować.
— A jeśli nie będzie chciała? — spytała Ola.
— Przekonamy ją — odparł pewnie pan Jan. — Wytłumaczymy, że tak będzie lepiej.
— Lepiej dla kogo? — niespodziewanie ostro wtrącił Kuba, zwykle najcichszy. — Dla babci czy dla was?
— Kuba! — upomniała go Kasia.
— Ja tylko pytam — chłopiec wzruszył ramionami. — Czy ktoś w ogóle zapytał ją, czy trudno jej samej? Przecież odwiedzamy ją raz na pół roku.
— Wszyscy mają swoje sprawy — westchnęła pani Maria.
— Właśnie — podchwycił pan Jan. — A jeśli zamieszka z nami, będziemy widywać się codziennie.
Wnuki wymieniły spojrzenia. Pani Maria zrozumiała, że entuzjazmu w nich nie ma. Babcia Zosia była surowa, z tych osób, które uważały telefony za zło, a media społecznościowe za głupotę.
— Najpierw zapytajcie babcię — zaproponowała Kasia. — Może ona wcale nie chce się przeprowadzać.
— Oczywiście, zapytamy — skinęła głową pani Maria. — Jutro pojadę.
— Jadę z tobą — natychmiast powiedział pan Jan. — We dwoje szybciej ją przekonamy.
Następnego dnia pojechali do pani Zofii. Przyjęła ich z radością: nakryła stół, wyjęła domowe konfitury i upiekła ulubione ciasto zięcia.
— Jak się żyje, mamo? — zapytała pani Maria w kuchni.
— Dobrze, normalnie — odpowiedziała żywo pani Zofia. — Rano ćwiczenia, potem sklep, wieczorem z dziewczynami oglądamy seriale. Żyję sobie.
— Właśnie o tym chcieliśmy porozmawiać — zaczął pan Jan przy stole. — O pani życiu, pani Zofio.
— A co z nim nie tak? — staruszka od razu się nastroszyła.
— Nic, mamo, nic — pospieszyła pani Maria. — Tylko… może przeprowadziłabyś się do nas? Znajdziemy ci miejsce, będziemy się tobą opiekować…
— Do was? — zdziwiła się pani Zofia. — A skąd taki pomysł?
— No, wiek — włączył się pan Jan. — Nigdy nie wiadomo, co się może stać. A u nas rodzina, wnuki, zawsze ktoś miałby panią na oku.
Pani Zofia zmrużyła oczy, a potem spojrzała na córkę.
— A moje mieszkanie?
— Można wynająć — rzucił niby od niechcenia pan Jan. — Dodatkowy dochód. Zwłaszcza teraz, kiedy potrzebujemy samochodu na działkę.
— Aha — pani Zofia powoli pokiwała głową. — Czyli chodzi wam o moje pieniądze?
— Nie tylko! — pani Maria rzuciła mężowi gniewne spojrzenie. — Mamo, naprawdę chcę, żebyś była bliżej nas — powiedziała mocno. — A samochód… samochód może poczekać.
Pani Zofia długo patrzyła na nich oboje. W końcu roześmiała się cicho.
— Dziękuję ci, córko. Bo już myślałam, że nie córka do mnie przyjechała, tylko pośrednik od mieszkań z zięciem.
Pan Jan poczerwieniał i milczał.
Tydzień później, w niedzielę, cała rodzina znów zebrała się przy stole. Tym razem siedziała przy nim także pani Zofia — nie jak gość, lecz jak gospodyni, która sama napiekła pierogów z kapustą.
— Babciu Zosiu, mogę ci podłączyć tablet do telewizora? — zapytał nieśmiało Kuba. — Będziesz mogła oglądać zdjęcia wnuków.
Staruszka uśmiechnęła się do niego.
— Dobrze, wnusiu. Tylko najpierw wypijemy herbatę. A samochód… kupicie, kiedy będziecie mogli. Autobus nie ucieknie, działka też nie.
— No, to jeszcze zobaczymy, kto kogo!
