Znaleźliśmy je. Dwa maleńkie, przestraszone stworzenia, chude tak bardzo, że przypominały żywe szkieleciki, patrzyły na nas ogromnymi oczami pełnymi paniki i trzęsły się ze strachu jak liście osiki na wietrze.
Całe moje zawodowe życie, życie Stanisława, minęło w drodze. Służba miała swoje prawa: nowa jednostka, inne miasto, nowy adres, obce zwyczaje. Tylko jedno się nie zmieniało — zawsze jechali ze mną czworonożni przyjaciele. Od młodości byłem zapalonym psiarzem i nigdy nie dopuściłem myśli, że można zostawić zwierzęta komuś „na trochę”, a już tym bardziej na zawsze. Obowiązki mnie nie przerażały. Rodzina była jedna: ludzka i kudłata.
Żona, Helena, i dzieci zawsze mnie wspierali. W naszym domu nie dzielono nikogo na „ludzi” i „zwierzęta”. Wszyscy byli swoi. Pytanie: „zostawić czy zabrać?” nie padało nigdy. Wyjeżdżaliśmy — to wszyscy. Wracaliśmy — również razem.
Kiedy nadszedł czas emerytury i z Heleną wróciliśmy w rodzinne strony pod Lublin, właśnie ona zaczęła nowy rozdział. Pewnego dnia przyprowadziła z pobliskiego sklepu bezdomną kotkę: chudą, ciężarną i tak ufnie patrzącą, że ściskało za serce. Uczepiła się kawałka kiełbasy, który Helena kupiła po drodze, i już nie chciała odejść, jakby instynkt podpowiedział jej: tutaj będzie twój dom.
Nową lokatorkę nazwaliśmy Melą i bardzo szybko stała się naszą ulubienicą. Wkrótce urodziła pięć kociąt. Jedno zostało u nas, pozostałe oddaliśmy krewnym i znajomym. Z tego jednego wyrósł kocur Leon, a rok później pojawiły się jeszcze dwa: Kuba i Franek.
Tak się złożyło, że ja, stary psiarz, nie wiadomo kiedy stałem się kociarzem. Koty zadomowiły się natychmiast i tak naturalnie weszły w naszą codzienność, że nieraz sam się dziwiłem, jak mogłem żyć bez ich cichej czułości. Okazało się, że jak psy chodzą za człowiekiem krok w krok i czują każdą zmianę nastroju.
Z czasem w mieszkaniu w mieście zrobiło się ciasno. Dzieci dorosły, każde poszło własną drogą, a my z Heleną uznaliśmy, że w metropolii nie mamy już czego szukać. Sprzedaliśmy mieszkanie i kupiliśmy całkiem porządny dom z ogrodem w wiosce pod Lublinem.
To była najlepsza decyzja. Psy i koty od rana do wieczora ganiały po sadzie. My spacerowaliśmy, patrzyliśmy, jak bawią się na świeżym powietrzu, i cieszyliśmy się razem z nimi.
Na początku maja Helena poprosiła mnie, żebym podjechał do zakładu po zamówioną szklarnię. Pojechałem, zapłaciłem — wyszło półtora tysiąca złotych — i wszedłem do hali, żeby sprawdzić stelaże i poliwęglan.
Kiedy pracownicy podnosili platformę z resztkami metalowych konstrukcji, spod spodu dobiegł żałosny pisk.
— A więc tu się schowały — mruknął chłopak w roboczym kombinezonie. — Nie tam szukaliśmy. Daj znać panu Markowi.
Po minucie podszedł do nas kierownik hali.
— No i co, znaleźliście? — zapytał. — Trzeba to usunąć. Potem mnie będą pytać, skąd się tu wzięła ta menażeria.
Nie wytrzymałem i spytałem robotnika:
— O co tu chodzi?
Westchnął i opowiedział, że do hali przybłąkała się kotka i okociła się pod urządzeniami. Ludzie próbowali ją po cichu dokarmiać, bo żal było patrzeć. Gdy dowiedziało się o tym kierownictwo, kazali pozbyć się małych. Mówili, że to zagrożenie, alergia, że w zakładzie nie ma miejsca na zwierzyniec. Przenosili kocięta, matka je roznosiła po kątach, a potem zniknęła. Uznali, że zabrała wszystkie, lecz nie dała rady. Samej kotki od paru dni nikt nie widział, a maluchy zostały.
— Ile ich tam jest?
— Dwa. Jeden rudy, drugi czarno-biały. Zaraz pokażemy.
Gdy pracownicy przechylili platformę, spod niej wyskoczyły dwa maleńkie kłębki. Piszczały rozpaczliwie i rzuciły się w różne strony po hali. Łapała je cała brygada. W końcu się udało.
Kocięta były brudne, potwornie chude, z oczami rozszerzonymi od strachu. Trzęsły się i tuliły jedno do drugiego. To łaciate miało zakrwawiony nosek. Jeden z robotników wziął je i ruszył ku wyjściu.
Serce mi się ścisnęło.
— Czekajcie! Dokąd je niesiecie?
— Za bramę. Nikomu nie są potrzebne. Tu się kręcą psy z okolicy, rozszarpią je w minutę.
— Chwileczkę. Ja je zabiorę. Znajdzie się jakieś pudełko?
— Naprawdę? — zdziwił się chłopak. — To niech pan bierze. Tu same psy, długo by nie pożyły.
Pudełko znalazła pani Danuta z kadr. Przyniosła karton ze starą szmatką. Droga do domu dłużyła mi się bardziej niż zwykle. Co chwilę zerkałem do tyłu, na futrzastych pasażerów, i myślałem: co powie Helena?
W domu czekała już na szklarnię.
— Wszystko w porządku? — zapytała, gdy tylko wszedłem.
— Tak, załatwione. Ale przywiozłem jeszcze kogoś.
Zajrzała do kartonu i zaniemówiła. W środku siedziały dwa brudne, skulone kociaki. Włożyła rękawiczki i zaczęła je ostrożnie oglądać. Rudy popiskiwał i próbował wciskać się do siostry, a łaciata syczała, drapała i nie pozwalała dotknąć nosa. Dzikusy do niemożliwości.
Gdy kocięta łapczywie jadły i piły, przygotowaliśmy legowisko oraz kuwetę. Ku naszemu zdziwieniu łaciata koteczka od razu pojęła, do czego służy, a potem wepchnęła do środka zdezorientowanego brata, jak doświadczona gospodyni. Nie kryliśmy radości: najważniejszy punkt wychowania był zaliczony.
Niedługo później z podwórka wróciła nasza kocia gromada. Mela przyjęła nowicjuszy wrogo: nastroszyła sierść, syknęła i wycofała się za szafę, zabierając synów. W domu miała pełną władzę i bez wahania wymierzała wychowawcze pacnięcie łapą.
Helena próbowała dodać mi otuchy:
— Na stałe przecież nie możemy ich zostawić. Dobrze, że są we dwoje. Podrosną, oswoją się, wtedy znajdziemy im dom. A na razie trzeba je nazwać. Niech będą Rysiek i Łatka.
— Niech będą — zgodziłem się. — Po domowemu.
Łatka szybko przejęła dowodzenie. Rządziła rudym Ryśkiem: był mniejszy, słabszy, ciągle lgnął do nas, a ona ciągnęła go pod stół, pod łóżko albo między kanapy. Tak dzikich kociąt jeszcze nie mieliśmy. Wychodziły z kryjówek tylko nocą albo wtedy, gdy w pokoju nikogo nie było: zjeść, napić się i skorzystać z kuwety.
Pewnej nocy Helena obudziła się, bo coś kręciło się przy jej głowie i ciągnęło za włosy. To był Rysiek. Układał się na poduszce, jakby wił sobie gniazdo, a Łatka siedziała w nogach i mruczała. Następnej nocy położyliśmy Helenie na poduszce starą futrzaną czapkę z lisa. Rysiek natychmiast wsunął się pod futro, a po chwili przytuliła się do niego siostra.
Gdy kocięta nabrały sił i przywykły do rąk, przyszła pora szukać im dobrego domu. Ryśka w głębi duszy uważałem już niemal za swojego, ale znalezienie rodziny dla Łatki okazało się prawdziwą męką.
Mela z synami znosiła Ryśka dość spokojnie, za to wobec Łatki stawała się coraz ostrzejsza, im bardziej mała dorastała. Łatka umiała się bronić, Rysiek stawał po jej stronie, lecz napięcie rosło, a w domu kocie awantury nie milkły. Krewni i znajomi odmówili, bo każdy miał już swoje zwierzęta. Wtedy Helena zamieściła ogłoszenia.
Telefony się pojawiły, ale dzwonili głównie nastolatkowie albo lokatorzy wynajmowanych mieszkań, choć jasno napisaliśmy: tylko dorośli, najlepiej rodzina, z gwarancją opieki.
Któregoś dnia zadzwoniła kobieta o imieniu Irena. Mieszkała niedaleko, w prywatnym domu.
— Jestem sama — powiedziała. — Niedawno umarła mi kotka. Pusto się zrobiło, smutno. Chciałabym znów mieć kogoś, o kogo można się troszczyć.
Już następnego dnia Irena przyjechała. Wyglądała schludnie, pokazała dowód, porozmawialiśmy o sterylizacji i ustaliliśmy, że będziemy w kontakcie. Helena zrobiła zdjęcie, kiedy Irena zabierała Łatkę.
Minęły dwa dni. Rysiek miauczał, prawie nic nie jadł, leżał tylko i pił wodę. Mnie też było ciężko. Irena nie dzwoniła. Helena w końcu nie wytrzymała i zadzwoniła sama. Kobieta zapewniała, że wszystko jest dobrze, ale nazajutrz i tak pojechaliśmy sprawdzić.
Brama była zamknięta. Na rogu spotkaliśmy sąsiadkę i ostrożnie zapytaliśmy:
— Czy pani Irena jest w domu?
— Nie, w pracy. Wróci późno. A wy pewnie w sprawie kota? U niej koty zmieniają się jak rękawiczki. Weźmie, wyrzuci, do żadnego się nie przywiązuje.
Czekaliśmy do wieczora. Gdy Irena wreszcie się pojawiła, byliśmy już pod bramą.
— Znowu państwo? Przecież z waszą kotką wszystko w porządku!
— Chcemy zobaczyć Łatkę — powiedziała twardo Helena.
— Teraz nie mam czasu, przyjedźcie w weekend!
Stanąłem przy przejściu spokojnie, lecz stanowczo, i kazałem ją pokazać.
Nasza Łatka siedziała w kącie kurnika. Brudna, skulona i przerażona.
— Dlaczego pani jej nie karmi? — oburzyła się Helena.
— Jak to nie karmię? Kot ma myszy łapać! Niech je przy kurach, pensjonatu tu nie prowadzę!
W tej samej chwili Łatka z głośnym płaczem rzuciła się do Heleny. Zabraliśmy ją natychmiast, mimo krzyków Ireny.
Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi domu, pierwszy do Łatki dopadł Rysiek. Mela podeszła zaraz po nim, dotknęła małej uciekinierki łapą, a potem zaczęła wylizywać jej brudną sierść. Kto zrozumie te koty? Mnie jednak wydawało się, że Mela cieszyła się z powrotu Łatki nie mniej niż my.
O szukaniu nowego domu dla Łatki nie było już mowy. Została z nami na zawsze.