— Jestem w ciąży z twoim przyszłym mężem.
To zdanie padło na wieczorze panieńskim i sprawiło, że w salonie zapadła lodowata cisza.
— Zwariowałaś? — Iwona wpatrywała się w metkę przy sukni, jakby liczba mogła zaraz zniknąć. — Ta sukienka kosztuje tyle, co używany polonez!
— Nie, to ty zwariowałaś, jeśli myślisz, że pójdę do ślubu w czymś, co nie odbierze Pawłowi tchu — odpowiedziała Magda, obracając się przed lustrem i podtrzymując ciężki tren. — Ślub ma się raz w życiu.
— Oby — mruknęła Iwona. — Ale poważnie, Magda, po co aż taki wydatek? Paweł kocha ciebie, nie twoją suknię.
Magda nagle przestała się uśmiechać.
— Kiedy traci się rodziców, zaczyna się rozumieć, jak cenne są chwile. Chcę, żeby ten dzień był idealny. Żeby mama i tata, patrząc z góry, mogli być dumni.
Iwonie zrobiło się wstyd. Trzy lata wcześniej rodzice Magdy zginęli w wypadku, a ona od tamtej pory chowała ból za śmiechem i energią.
— Przepraszam — powiedziała, obejmując ją ostrożnie, by nie pognieść materiału. — Jeśli to właśnie ta suknia, to znaczy, że jest tego warta.
— Wiesz, co jest zabawne? — Magda odgarnęła kosmyk z twarzy. — Paweł sam zaproponował, żebyśmy wzięli pieniądze z konta na Mazury. Powiedział, że wyjazd nie ucieknie, a panna młoda w idealnej sukni będzie tylko raz.
Iwona uśmiechnęła się, myśląc o Pawle: wysokim, spokojnym mężczyźnie o dobrych oczach i lekko nieśmiałym uśmiechu. Z Magdą byli jak ogień i woda: ona gwałtowna i jasna, on cierpliwy i rozsądny.
— Iwa, ja jestem taka szczęśliwa — szepnęła Magda, gdy ekspedientka poszła po welon. — Czasem nie wierzę, że Paweł to najlepsze, co mnie spotkało.
— Po mnie, oczywiście — zażartowała Iwona.
— Oczywiście! A właśnie, omówimy panieński? Zostały dwa tygodnie.
— Wszystko gotowe — zapewniła Iwona. — Mały domek za miastem, basen, sauna, karaoke i siedem twoich najlepszych przyjaciółek. Bez striptizerów, jak prosiłaś.
— Szkoda — Magda puściła oko. — Ewie by się przydało, po rozwodzie biedna nic z życia nie ma.
— Dla Ewy mam osobną niespodziankę — uśmiechnęła się Iwona.
Ekspedientka wróciła z koronkowymi welonami i rozmowa przeniosła się na długość, styl oraz sposób przypięcia.
Do domu Iwona wróciła zmęczona, ale zadowolona. Magda wybrała suknię i dodatki, zostały tylko ostatnie sprawy przed ślubem. W gorącej kąpieli Iwona myślała już o weekendowym wyjeździe.
Gdy wyszła z łazienki, zobaczyła wiadomość od Agnieszki: nie przyjedzie, bo syn ma gorączkę.
— Szkoda — westchnęła, odpisując z życzeniami zdrowia. Potem okazało się, że Sylwia też nie może wyrwać się z pracy.
— Nie martw się — uspokoiła ją Iwona. — Najważniejsze, że wszystkie będziemy na ślubie.
W piątek wieczorem jej terenówka, pełna jedzenia i toreb, ruszyła za miasto. Z siedmiu zaproszonych dziewczyn zostały cztery: Iwona, Ewa, Kasia i Wiktoria. Magda jednak się nie przejęła.
— Mniej ludzi, więcej powietrza — oznajmiła, siadając obok Iwony. — I więcej prosecco dla każdej!
Ewa, rozwiedziona przyjaciółka, już otwierała butelkę musującego wina i rozlewała je do plastikowych kubków.
— Za pannę młodą! — zawołała. — Za najpiękniejszą, najszczęśliwszą i najbardziej fartowną!
— I za jej wspaniałego narzeczonego — dodała Kasia, która pracowała z Pawłem w firmie budowlanej. — Każda kobieta miałaby szczęście z takim facetem.
— Ja nie miałam — westchnęła Ewa. — Mój były okazał się podły.
— Nie wszyscy mężczyźni są tacy sami — powiedziała Iwona łagodnie. — Paweł nie jest.
— Właśnie — przytaknęła Magda. — Czasem myślę, że na niego nie zasłużyłam. Wczoraj wróciłam do domu, a on zrobił kolację, zapalił świece, otworzył wino i powiedział: „Tyle pracujesz przy ślubie, dziś odpocznij”.
— To dopiero mężczyzna — westchnęła z zazdrością Wiktoria. — Mój przez trzy lata nawet jajecznicy nie usmażył.
Zaczęły żartować z męskich wad. Gdy samochód podjechał pod piętrowy domek nad jeziorem, butelka była pusta, ale nastrój wciąż świetny.
Domek wynajęty przez Iwonę był przestronny: na dole kuchnia z salonem, wyjście na taras i podgrzewana balia, na górze trzy sypialnie i sauna.
— O matko! — zachwyciła się Magda. — Przeszłaś samą siebie.
Iwona uśmiechnęła się z ulgą. Prawie miesiąc szukała miejsca z lasem, jeziorem, grillem i pełną prywatnością.
Wieczór zaczął się od gotowania: sałatki, mięso, pieczone ziemniaki. Ewa, zwykle najgłośniejsza, tym razem milczała i ciągle sprawdzała telefon.
— Coś się stało? — spytała Iwona, gdy reszta wyszła na taras.
— Nie, po prostu jestem zmęczona — odparła Ewa. — W pracy sajgon, dziecko marudzi.
— Gdybyś chciała pogadać, jestem obok — Iwona ścisnęła jej dłoń. Ewa odpowiedziała słabym uśmiechem.
Przy kolacji rozmowa się rozkręciła. Wróciły wspomnienia ze studiów.
— Pamiętacie, jak się poznałyśmy? — zapytała Magda. — Akademik, Iwona z gitarą i Kasia z wielkim pluszowym misiem.
— A ja z trzema walizkami ubrań! — roześmiała się Ewa. — Myślałyście, że jestem księżniczką.
— A byłaś po prostu zakupoholiczką — dodała Iwona.
— Dzięki Ewie zawsze miałyśmy w czym chodzić — wtrąciła Kasia. — Nasz system wymiany!
