— Do twojej matki już więcej nie pojadę. Skoro trzeba, jedź sam i weź ze sobą siostrę.
Po raz pierwszy Agnieszka postawiła męża przed faktem i odmówiła dalszego znoszenia tego układu.
— Aga, to ja, otwórz!
Domofon rozdarł ciszę w mieszkaniu. Agnieszka odłożyła ścierkę, wytarła ręce o fartuch i nacisnęła przycisk. Teściowa. W jej jedyny wolny dzień, kiedy Zosia była w przedszkolu i można było spokojnie posprzątać.
Halina weszła zadyszana, z torbą w dłoni.
— Byłam w przychodni na badaniach. Pomyślałam, że wpadnę i coś przyniosę. Tu konfitura malinowa dla Zosi, lubi przecież.
— Dziękuję — powiedziała Agnieszka, stawiając słoik na półce. — Proszę wejść, zrobię herbatę.
— Ja tylko na minutkę.
Ta „minutka” przeciągnęła się prawie do godziny.
Teściowa siedziała w kuchni, piła herbatę i mówiła o ciśnieniu, o sąsiadce, która znów puszcza psa bez smyczy, i o Ewie, która dzwoniła z Krakowa i narzekała na szefa.
Agnieszka kiwała głową, dolewała herbaty i zerkała na wiadro z wodą w korytarzu. Pół mieszkania wciąż czekało.
— Czemu ty taka zmęczona? — zmrużyła oczy Halina. — Blada jakaś.
— Nic takiego. Dopiero zaczęłam sprzątać.
— A, rozumiem. Dobra z ciebie gospodyni.
Halina upiła łyk i umilkła. Agnieszka znała ten moment. Teraz miała paść prawdziwa sprawa.
— Aga, przyjedźcie w weekend. Kupiłam tapetę, w sypialni całkiem odchodzi. Paweł pomoże przykleić.
Agnieszka mocno ścisnęła kubek. Takie prośby słyszała od pięciu lat.
— Powiem Pawłowi, jak wróci.
— No to umówione.
Teściowa dopiła herbatę, cmoknęła ją w oba policzki i wyszła zadowolona. Słoik konfitury został na półce jak dowód zawartej transakcji.
Wieczorem Agnieszka zatrzymała Pawła już w korytarzu.
— Była twoja mama. Na sobotę woła nas kleić tapetę.
— Skoro trzeba, pojedziemy — wzruszył ramionami. — Co w tym trudnego?
— Powiedziała, że tylko tapeta.
Paweł nie wyczuł ironii. Wszedł do kuchni i otworzył lodówkę.
— W pół dnia się uwiniemy. Mama jest sama, trzeba jej pomóc. A Zosia pobiega na świeżym powietrzu.
W sobotę o ósmej rano siedzieli już w aucie. Zosia marudziła, że obudzili ją za wcześnie. Paweł włączył radio i bębnił palcami o kierownicę.
Po czterdziestu minutach byli pod Warszawą.
Halina czekała przy furtce.
— No wreszcie! Już was wypatrywałam. Chodźcie, upiekłam szarlotkę.
Usiedli przy stole. Zosia jadła ciasto, Paweł pił herbatę, a teściowa pytała o pracę i przedszkole.
Agnieszka czekała. Wiedziała, że zaraz się zacznie.
I rzeczywiście Halina wyjęła złożoną kartkę.
— Paweł, tapeta w sypialni. Potem zobacz płot przy malinach, deski się ruszają. I na werandzie coś skrzypi.
Paweł spokojnie kiwał głową.
— A ty, Agnieszko, pomożesz mi w domu. Okna dawno niemyte, większych porządków też nie było.
— Babciu, a ja? — zapytała Zosia.
— Zosiu, skarbie, włączę ci bajkę. Mama z babcią popracują.
Godzinę później Agnieszka myła podłogi.
Potem okna.
Potem kuchenkę, lodówkę i szafki.
Halina tylko siedziała i wydawała polecenia.
— Sama bym zrobiła, ale ręce bolą, no i kręgosłup ciągnie.
Do obiadu Agnieszka ledwo stała na nogach.
Paweł skończył tapetę, naprawił płot i usiadł na werandzie z telefonem.
Przyszedł sąsiad.
Usiedli, włączyli mecz, otworzyli piwo.
Agnieszka myła szyby i patrzyła na nich przez mokre szkło.
Do domu ruszyli około dziewiątej wieczorem.
Agnieszka prowadziła.
Paweł spał, bo wypił piwo.
Zosia też zasnęła na tylnym siedzeniu.
Ręce Agnieszki pachniały chlorem, plecy bolały tak, jakby miały pęknąć.
— Czemu milczysz? — zapytał Paweł.
— Jestem zmęczona.
— Jutro odpoczniesz. Za to mamie pomogliśmy.
W poniedziałek w pracy koleżanka Marta zapytała:
— Wy naprawdę co sobotę pracujecie u twojej teściowej?
— No… ona prosi.
— A jej córka?
— Mieszka w Gdańsku.
Marta zaśmiała się krótko.
— Wygodnie. Córka w Gdańsku, a ty blisko, więc możesz robić.
Agnieszka milczała.
— A Paweł?
— Klei tapetę, a potem pije piwo z sąsiadem.
Marta pokręciła głową.
— To nie pomoc. To system.
Tydzień później powtórzyło się to samo.
— W sobotę jedziemy do mamy — powiedział Paweł. — Pomidory dojrzały.
Agnieszka zacisnęła palce na łyżce.
— Znowu?
Tym razem po raz pierwszy powiedziała:
— Do teściowej więcej nie pojadę.
Paweł podniósł zdziwiony wzrok.
— Jak to?
— Jestem zmęczona. Pięć lat, każda sobota. Słoiki, sprzątanie, robota. Wystarczy.
— Niech Ewa przyjedzie i pomaga.
— Ona jest daleko.
— A ja jestem blisko, więc jestem zobowiązana?
W sobotę Paweł pojechał sam.
Wieczorem wrócił wykończony.
— Ciężko było — powiedział.
— Teraz rozumiesz, jak ja się czułam?
Skinął głową.
— Przepraszam.
Agnieszka usiadła obok.
— Nie jestem przeciwna pomaganiu. Ale nie w każdą sobotę. I nie wtedy, gdy z pomocy robi się obowiązek.
Halina przez kilka tygodni nie dzwoniła.
Paweł czasem jeździł sam.
A Agnieszka wreszcie odzyskała prawdziwe weekendy.
I po raz pierwszy od wielu lat zrozumiała jedną ważną rzecz:
Najtrudniejsze wcale nie jest pracowanie.
Najtrudniej powiedzieć: „dość”.
A wy jak uważacie?
Czy synowa zawsze powinna pomagać teściowej, jeśli pomoc staje się już obowiązkiem?
Do teściowej więcej nie pojadę — jeśli trzeba, idź sam i siostrę też zabierz ze sobą.
— Tomasz, ty mnie o wszystko obwiniasz! Klucze nie tam — moja wina. Chleb sczerstwiał — moja wina. Kawa się skończyła — moja wina.
