Marek przyprowadził swoją matkę do mojego ciasnego mieszkania.
— Mama zostanie u nas jakiś czas — powiedział, nerwowo przestępując w wąskim przedpokoju. — U niej pękła rura, wszystko zalało, a remont potrwa wieki. Przecież nie może spać na klatce, prawda?
Marta zastygła z ręcznikiem w rękach, świeżo po prysznicu. Mokre włosy ciemniały na ramionach starego szlafroka. Za Markiem stała jego matka, Krystyna, z dwiema ogromnymi walizkami i kartonem przewiązanym sznurkiem.
— Cześć, kochanie — powiedziała wesoło Krystyna, jakby nie zauważyła osłupiałej miny Marty. — Nie martw się, długo nie posiedzę. Tylko aż hydraulicy skończą. Miesiąc, najwyżej dwa.
Miesiąc? Dwa? W trzydziestometrowym mieszkaniu, gdzie kuchnia była wielkości szafy, a w łazience ledwo dało się obrócić? Marcie ścisnęło się w piersi.
— Pani Krystyno, miło panią widzieć — zmusiła się do uśmiechu. — Ale czy będzie pani tutaj wygodnie? Może któraś z pani koleżanek ma miejsce?
— Nie żartuj, dziecko — Krystyna machnęła ręką i weszła do środka. — Koleżanki w moim wieku? Te, które jeszcze żyją, ledwo same dają radę. Poza tym nie chcę nikomu się narzucać.
A nam można? Marta połknęła te słowa.
— Rzeczy postawimy tutaj — Marek wskazał kąt przy regale. — Będziesz spała na kanapie. Marta i ja weźmiemy składany materac.
— Absolutnie nie! — oburzyła się Krystyna. — Ja położę się na materacu. Wy musicie mieć normalne łóżko.
— Mamo, masz chore plecy. Nie będziesz na tym spała — uciął Marek.
Marta milczała, czując się jak obca osoba we własnym domu. Formalnie mieszkanie należało do niej, dostała je po babci jeszcze przed ślubem. Tylko że teraz nie miało to żadnego znaczenia. Marek zdecydował za nią.
— Wstawię wodę — powiedziała i uciekła do mikroskopijnej kuchni, w której lodówka, kuchenka i stolik dla dwóch osób ledwo się mieściły. — Pani Krystyno, pewnie jest pani głodna po podróży?
— Nie kłopocz się, jadłam kanapkę w autokarze — odparła Krystyna, już wypakowując coś na fotel. — Powiedz lepiej, jak wy tu żyjecie? Marek twierdzi, że dobrze, ale przecież widzę ten ścisk. Najwyższy czas na większe mieszkanie.
Marta zacisnęła usta. Pieniądze były bolesnym tematem. Oboje chcieli normalnego domu, ale z pensji mechanika i nauczycielki w podstawówce ledwo wiązali koniec z końcem. Kredyt był nierealny.
— Mamo, rozmawialiśmy o tym — westchnął Marek. — Nie teraz.
— A kiedy? — Krystyna pokręciła głową. — Masz trzydzieści dwa lata, Marta dwadzieścia osiem. Powinniście myśleć o dziecku. Gdzie je wychowacie, w tym pudełku?
Marta poczuła, jak płoną jej policzki. Dziecko. Kolejny czuły punkt. Byli małżeństwem od czterech lat, a Krystyna przy każdej okazji przypominała, że czeka na wnuki.
— Mamo, nie teraz — Marek rzucił Marcie przepraszające spojrzenie. — Marta miała długi dzień, ty też jesteś po podróży. Odpocznijmy.
Krystyna prychnęła, ale zamilkła i zajęła się walizkami.
Marta w kuchni oparła dłonie o blat. Kochała Marka, naprawdę. Ale to, że nie umiał odmówić matce, doprowadzało ją do szaleństwa. Sprowadzić Krystynę bez uprzedzenia, bez jednej rozmowy, bez pytania…
Czajnik zawrzał. Marta mechanicznie zrobiła herbatę. Za małym oknem szare bloki stały pod ciężkim październikowym niebem. Widok pasował do jej nastroju.
— Martusiu, pomóc? — głos Krystyny sprawił, że podskoczyła.
— Nie, dziękuję, wszystko dobrze — odpowiedziała z kolejnym sztucznym uśmiechem. — Zamyśliłam się.
— Nad czym? — Krystyna usiadła na chwiejnym krześle.
— Nad pracą — skłamała Marta. — Mam trudną klasę. Dwadzieścioro ośmioro dzieci, połowa bez dyscypliny.
— Współczuję — cmoknęła Krystyna. — Za moich czasów dzieci szanowały starszych. Teraz sam chaos.
Marta nic nie powiedziała. Krystyna zawsze idealizowała przeszłość i gardziła teraźniejszością. Spór nie miał sensu.
— Mamo, urządzasz się? — Marek zajrzał do kuchni. — O, herbata, świetnie. Jutro mam pierwszą zmianę, więc zaraz się kładę.
— Oczywiście, synku — Krystyna poklepała go po ręce. — Odpocznij. My z Martą sobie pogadamy.
Tylko tego brakowało.
— Dobrze wam się układa? — zapytała Krystyna bez ogródek. — Marek mówi, że tak, ale ja widzę, że coś jest nie tak.
— Wszystko dobrze — Marta pilnowała spokojnego głosu. — Zwyczajne małżeńskie sprawy.
— Małżeństwo powinno cieszyć — naciskała Krystyna. — On schudł. Karmisz go porządnie?
— Staram się — Marta upiła herbaty, żeby ukryć złość. — Oboje wracamy późno. Nie zawsze da się gotować pełny obiad.
— Dzisiejsze dziewczyny — westchnęła Krystyna. — Kiedyś kobieta pracowała i dom prowadziła. A teraz gotowce i jedzenie na wynos. Nic dziwnego, że wszyscy chorują.
Marta ugryzła się w język. Krystyna była starsza i miała problem z mieszkaniem. Dla Marka postanowiła być cierpliwa.
— Będę częściej gotować — powiedziała. — Skoro pani tu jest, może podpowie pani, co Marek lubił jako dziecko?
To Krystynę zachwyciło. Przez pół godziny opowiadała o rosole, mielonych, pierogach i szarlotce, którą Marek rzekomo uwielbiał, choć przez cztery lata ani razu o niej nie wspomniał.
