Mając trzydzieści dwa lata, byłem przekonany, że potrafię wyczuć katastrofę, zanim naprawdę się wydarzy.
Chciałbym powiedzieć, że przy Klaudii od razu zobaczyłem, dokąd to wszystko zmierza. Prawda była jednak mniej wygodna: tak bardzo pragnąłem, żeby ten wieczór się udał, że zignorowałem pierwsze czerwone lampki.
Od dawna nie byłem na żadnej randce. Mój ostatni poważny związek skończył się bez krzyków i bez dramatycznych scen — raczej tak, jak gaśnie świeca zostawiona w pustym pokoju. Kolejne miesiące trudno było nazwać samotnymi w najcięższym sensie tego słowa.
Były po prostu… przytłumione. Moje życie składało się z pracy, wieczorów spędzanych na ponownym oglądaniu seriali, które znałem już niemal na pamięć, i wiadomości od znajomych, pojawiających się coraz rzadziej, bo każdy był zajęty, po ślubie albo jednym i drugim naraz.
To moja siostra Agnieszka w końcu popchnęła mnie do tego, żebym spróbował jeszcze raz. „Jesteś zbyt porządnym facetem, Mateusz, żeby siedzieć wiecznie w domu. Wracaj do gry, bracie. Przecież to nie koniec świata”.
W pewien deszczowy czwartek zmusiła mnie, żebym zainstalował aplikację randkową. Siedzieliśmy przy kuchennym blacie, przesuwaliśmy profile i żartowaliśmy tak długo, aż rozbolał mnie brzuch od śmiechu.
— O rany. Te kobiety naprawdę wiedzą, czego chcą, Mati.
— I ty chcesz, żebym do którejś napisał? — zapytałem, pół rozbawiony, pół przerażony.
— Wracaj do gry, bracie. To nie apokalipsa, wiesz?
Kiedy trafiłem na Klaudię, od razu wyróżniła się spośród innych.
Była pewna siebie, atrakcyjna i odpisywała tak, że jej wiadomości zwykle brzmiały dowcipniej niż moje. Zaczepiła mnie o zdjęcie w profilu, na którym trzymałem rybę i wyglądałem zdecydowanie zbyt poważnie jak na sobotni poranek.
Napisała:
„Wielki połów czy kryzys wieku średniego?”
Odpisałem: „A dlaczego nie jedno i drugie?”
I od tego wszystko się zaczęło.
Po kilku dniach lekkiego flirtu i wiadomości przerzucanych tam i z powrotem Klaudia zaproponowała kolację.
„Zróbmy coś wyjątkowego. Życie jest krótkie… trzeba z niego korzystać”.
Pamiętam, że na chwilę zawahałem się przed odpowiedzią. Miałem już za sobą randki, na których „coś trochę wyjątkowego” zamieniało się w zabawę w chowanego z rachunkiem, albo takie, po których kobieta szła do toalety i więcej się nie pojawiała.
Tym razem postanowiłem postawić sprawę jasno.
Musiałem wiedzieć, że mój czas i energia nie zostaną potraktowane jak darmowy dodatek do cudzego wieczoru.
Napisałem więc: „Hej, żeby nie było niezręcznie później: na pierwszej randce zwykle dzielę rachunek. Tak jest prościej i od razu wiadomo, czy patrzymy na to podobnie”.
Odpowiedziała po mniej niż minucie: „Jasne, uczciwie. Nie ma sprawy”.
Wyglądało na to, że temat został zamknięty.
„Dobrze, Mateusz — powiedziałem sobie. — Może tym razem trafiła się normalna osoba”.
Tego wieczoru wyprasowałem koszulę, której nie miałem na sobie od Bożego Narodzenia, i ćwiczyłem rozmowę w łazience. Powtarzałem sobie w myślach: „To tylko spotkanie z drugim człowiekiem, a nie casting do programu o kawalerze szukającym żony”.
Przyszedłem pierwszy. Hostessa uśmiechnęła się uprzejmie.
— Stolik dla dwojga?
— Tak, dziękuję. Rezerwacja na nazwisko Mateusz.
Usiadłem przy barze, udając, że z wielkim zainteresowaniem studiuję kartę win. Za każdym razem, gdy otwierały się drzwi, podnosiłem wzrok, spodziewając się zobaczyć Klaudię.
Barman wychwycił moje spojrzenie.
— Czekasz na kogoś, stary?
Skinąłem głową.
— Pierwsza randka.
Uśmiechnął się pod nosem.
— Poznaliście się przez internet?
— Aż tak widać?
— Tylko dlatego, że sprawdzasz telefon co trzydzieści sekund — odparł, śmiejąc się cicho i polerując kieliszek.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo za plecami usłyszałem głos:
— Mateusz?
Odwróciłem się i zobaczyłem ją. Długie, zadbane włosy, czerwona sukienka, szeroki promienny uśmiech. Przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że cały lokal zauważył ją w tym samym momencie.
Zerwałem się z miejsca tak gwałtownie, że prawie przewróciłem stołek barowy.
— Cześć, Klaudia. Bez problemu trafiłaś?
— Nie było trudno — powiedziała, rozglądając się po restauracji. — Wow, naprawdę ładne miejsce.
Wzruszyłem ramionami, czując, jak nerwy znów zaczynają pracować pod skórą.
— Twoja zasługa. To ty je wybrałaś.
Zaśmiała się i wsunęła rękę pod moje ramię, gdy podeszła do nas hostessa.
— Prawda. Mam talent do wybierania ładnych miejsc.
Ruszyliśmy za hostessą pomiędzy stolikami. Obcasy Klaudii pewnie stukały o podłogę. Gdy usiadła, zrobiła to pierwsza i rozejrzała się dookoła tak, jakby zapamiętywała każdy szczegół.
— Dobre miejsce, prawda? Mają homara! Uwielbiam homara. Mam nadzieję, że nie jesteś uczulony na owoce morza, Mateusz — powiedziała żartobliwie.
Uśmiechnęła się lekko.
— Zaufaj mi, spodoba ci się tutaj.
Kelnerka podeszła po kilku minutach. Miała przypiętą plakietkę z imieniem Karolina i twarz osoby, która widziała już w pracy więcej niż jeden dziwny wieczór.
— Czy państwo są gotowi złożyć zamówienie?
Klaudia nawet nie spojrzała ponownie w menu.
— Ja już wiem, co biorę. Poproszę homara. Z sosem maślanym. I jeszcze dodatkowy sos osobno.
Karolina kiwnęła głową i zapisała zamówienie.
— Bardzo dobry wybór. A dla pana?
— Łososia, proszę — powiedziałem. — I woda wystarczy.
Klaudia oparła się wygodnie, splatając dłonie.
— To twoja pierwsza randka z aplikacji?
— Nie pierwsza w życiu, ale pierwsza od dawna — przyznałem. — A u ciebie?
Wzruszyła ramionami.
— Było kilka. Większość mężczyzn jest jednak zbyt nerwowa. Albo zbyt skąpa. — Uśmiechnęła się. — Ty sprawiasz wrażenie spokojnego. To mi się podoba.
Zaśmiałem się trochę za szybko.
— Staram się. Wcześniej ćwiczyłem rozmowę z kolegami.
Uniosła brew.
— Naprawdę? W takim razie mnie zaskocz.
— Dobrze… umiem dotknąć językiem nosa.
Klaudia wybuchnęła śmiechem.
— To okropne, Mateusz.
— Możliwe, ale lody zostały przełamane.
Pokręciła głową, wciąż się uśmiechając.
— Dobra, za samą odwagę masz punkty.
Kiedy przyniesiono napoje, wyjęła telefon.
— Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. Dokumentuję swoją kulinarną podróż.
— Oczywiście. Moje danie jeszcze nigdy nie wyglądało tak, żeby zasługiwać na zdjęcie.
Zrobiła fotografię kieliszków, potem naszą.
— Uśmiechnij się. Moje przyjaciółki będą chciały dowodu, że istniejesz.
Uśmiechnąłem się posłusznie.
— Powiedz im, że przetrwałem pierwszą rundę.
Klaudia puściła do mnie oko.
— Och, na takie wnioski jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie.
Stuknęliśmy się kieliszkami. Wokół nas szumiała sala, a rozmowa płynęła zaskakująco gładko, jakbyśmy znali ten rytm od dawna.
Przez moment pomyślałem, że może źle ją oceniłem. Może Klaudia była po prostu odważna, a nie roszczeniowa. Może jej pewność siebie nie oznaczała problemów, tylko charakter.
Skończyliśmy jeść i gdy Karolina zabrała talerze, niemal całkiem się rozluźniłem.
Wtedy przyniesiono rachunek i położono go pośrodku stołu. Klaudia nawet nie drgnęła w jego stronę.
Spojrzałem na nią, potem na paragon. Sam jej homar kosztował sześćset złotych. Jeśli doliczyć wino, deser i dodatki, jej część była wyraźnie większa niż połowa całej kwoty.
Wyciągnąłem kartę.
— Dobrze. Dzielimy, tak jak ustaliliśmy, prawda?
Klaudia odchyliła się na krześle, uśmiechając się tak, jakbym nie zrozumiał żartu.
— Ja nie płacę.
Popatrzyłem na nią, czekając, aż się roześmieje.
— Co?
Wzruszyła ramionami.
— Jesteś mężczyzną. Mężczyźni płacą, czyż nie? U mnie zawsze tak było.
Poczułem, jak gorąco uderza mi do twarzy.
— Ale… zgodziłaś się podzielić rachunek.
Wzięła telefon i zaczęła obojętnie przesuwać palcem po ekranie.
— Tak… ale nie sądziłam, że mówisz poważnie. Faceci zwykle tylko tak gadają.
Zapadła między nami cisza.
Obudziło się we mnie coś starego i dobrze znanego: wspomnienia chwil, w których ktoś sprawiał, że czułem się mały, nieważny, jakbym musiał przepraszać za to, że oczekuję uczciwości.
Mimo to utrzymałem spokojny głos i nie cofnąłem się.
— Mówiłem poważnie — powiedziałem cicho.
Klaudia przewróciła oczami, a jej usta ułożyły się w półuśmiech.
— Naprawdę zamierzasz robić z siebie żałosnego faceta przy kolacji, Mateusz? Przy tych wszystkich ludziach?
— Dlaczego miałbym się wstydzić tego, że chcę trzymać się naszej umowy?
Zaśmiała się lekko, prawie z politowaniem.
— Boże, jaki ty jesteś uparty.
Odłożyłem widelec.
— Umówiliśmy się, że dzielimy rachunek.
Popatrzyła przed siebie, jakby szukała wyjścia, którego nie było.
— No cóż… może zmieniłam zdanie.
Karolina wróciła do stolika, trzymając w jednej ręce kilka talerzy. Chyba od razu wyczuła napięcie.
— Czy wszystko w porządku?
Klaudia szybko obdarzyła ją uśmiechem.
— Tak, wszystko dobrze. Małe nieporozumienie przy rachunku.
Spojrzałem Karolinie prosto w oczy.
— Ustaliliśmy, że podzielimy rachunek. Teraz ona mówi, że nie zapłaci.
Klaudia prychnęła i odwróciła się do kelnerki.
— Szczerze mówiąc, on robi tragedię z niczego. Mężczyźni płacą za randki. Tak się po prostu przyjęło.
Karolina zamilkła na sekundę i przyjrzała się jej uważniej.
— Właściwie… chyba panią pamiętam. Była pani tutaj dwa tygodnie temu? Przy tym samym stoliku, tylko z innym mężczyzną?
Klaudia zesztywniała.
— Co? Nie. To nie byłam ja. — Jej głos nagle stał się niższy.
Karolina nawet nie mrugnęła.
— Wtedy też zamówiła pani homara, prawda? I rozmowa o rachunku wyglądała bardzo podobnie. Tamten pan zapłacił swoją część i wyszedł. Pani — nie.
Przy sąsiednich stolikach zrobiło się ciszej. Czułem, że ludzie zaczynają słuchać i obserwować.
Zobaczyłem, jak pewność siebie Klaudii zaczyna pękać.
— Może się pani myli.
Karolina pokręciła głową.
— Nie mylę się. Zapamiętuję twarze. — Zrobiła krótką pauzę, po czym dodała: — Proszę dać mi minutę. Zawołam kierownika.
Klaudia wyprostowała się natychmiast.
— Nie ma takiej potrzeby.
Głos Karoliny pozostał spokojny.
— Jest. Mamy też nagranie z kamer.
Po chwili podszedł do nas mężczyzna w czarnej koszuli.
— Dobry wieczór — powiedział, przenosząc wzrok z jednego z nas na drugie.
Karolina wyjaśniła cicho:
— Ta pani już tu była. Ta sama sytuacja.
Kierownik skinął głową, a potem spojrzał na Klaudię.
— Proszę pani, dziś musi pani uregulować swoją część rachunku. Dodatkowo widnieje przy pani nieopłacona kwota z poprzedniej wizyty.
Twarz Klaudii zrobiła się pusta.
— To jest niedorzeczne.
Nie zareagował na jej ton.
— Może pani to później wyjaśniać, ale zanim opuści pani lokal, sprawa musi zostać zamknięta.
Poczułem, jak zalewa mnie ulga.
— Ja chciałbym zapłacić osobno, proszę. I zostawić napiwek dla pani, Karolino.
Klaudia zaśmiała się krótko, napięcie brzmiało w tym śmiechu jak pęknięte szkło.
— Naprawdę to robisz?
Nikt jej nie odpowiedział.
Głos Karoliny był łagodny, ale stanowczy.
— Chcę tylko dopilnować, żeby potraktowano wszystkich uczciwie. Zaraz wrócę z osobnymi rachunkami.
Klaudia zaczęła nerwowo grzebać w torebce.
— Mogłeś to załatwić, Mateusz. Serio. Teraz jest strasznie niezręcznie.
Pokręciłem głową.
— Nie chodzi o pieniądze, Klaudio. Chodzi o kłamstwo.
Zamilkła i wbiła wzrok w telefon, jakby dzięki temu mogła zniknąć.
— Oboje nie musieliście robić sceny — mruknęła.
Kiedy Karolina wróciła, podałem jej swoją kartę. Klaudia również wyciągnęła swoją, z tak mocno zaciśniętą szczęką, że aż drgnął jej policzek.
— Przykro mi — powiedziała Karolina z pewnym współczuciem. — Karta została odrzucona.
Kierownik stał tuż obok.
— Musi pani podać inną formę płatności.
Klaudia pobladła. Zaczęła szukać drugiej karty, mamrocząc:
— To tylko problem z bankiem.
Jej ręce drżały, kiedy spróbowała ponownie. Tym razem płatność przeszła, ale szkoda została już wyrządzona.
Chwyciła torebkę, dławiąc się złością i wstydem. Cała jej pewność siebie zniknęła, jakby ktoś zgasił światło. Nie patrzyła na mnie, gdy wyciągała drugą kartę, a potem odbierała potwierdzenie.
Ja spojrzałem na nią, po czym spotkałem wzrok Karoliny.
Kelnerka skinęła mi cicho głową — mały, szczery gest życzliwości, którego, jak się okazało, bardzo potrzebowałem.
— Proszę nie pozwolić, żeby to zniechęciło pana do randek, dobrze?
Uśmiechnąłem się słabo.
— Dziękuję. Za wszystko.
Wtedy odezwał się kierownik:
— Wie pani co, proszę pani. Gdyby jednak nie udało się pani zapłacić, moglibyśmy zaproponować odpracowanie rachunku przy zmywaku przez następne dwa tygodnie. Tylko uprzedzam: te piękne paznokcie mogłyby na tym ucierpieć.
Klaudia drgnęła, jakby ktoś ją dotknął lodowatą dłonią.
Na zewnątrz powietrze było zimne, a światła miasta odbijały się w mokrym bruku. Zamiast wrócić prosto do domu, nawet nie zauważyłem, kiedy ruszyłem w stronę mieszkania Agnieszki. Odebrała po drugim sygnale.
— Cześć, jesteś zajęta? — zapytałem.
— Masz dziwny głos. Randka była aż tak fatalna?
— Nie fatalna. Po prostu… to będzie historia. Mogę wejść?
Jej głos natychmiast złagodniał.
— Jasne! I mam lody.
Dziesięć minut później siedziałem na stołku w jej kuchni, a Agnieszka grzebała w zamrażarce.
— No, dawaj — powiedziała, podsuwając mi pudełko lodów i butelkę sosu czekoladowego. — Przynajmniej wyglądała jak na zdjęciach, czy to był przypadek fałszywego profilu?
— Wyglądała. Na początku naprawdę pomyślałem, że wieczór może się udać.
Agnieszka postawiła przede mną miskę z lodami, czekoladą i kawałkami truskawek.
— Mówisz to takim tonem, jakby zaraz miało wejść ogromne „ale” wielkości Pałacu Kultury.

Uśmiechnąłem się i opowiedziałem jej wszystko.
Oczy Agnieszki zwęziły się niebezpiecznie.
— Nie zapłaciłeś za nią, prawda?
— Nie. — Nabierałem łyżką lody, czując jednocześnie chłód i ulgę. — Ale kelnerka ją rozpoznała. Okazało się, że Klaudia już wcześniej robiła taki numer.
— Czekaj, serio? Ona jest seryjną oszustką od homarów?
Parsknąłem śmiechem.
— Coś w tym rodzaju. Jej karta została odrzucona. Nigdy wcześniej niezręczna cisza nie wywołała u mnie takiej wdzięczności.
Agnieszka pokręciła głową, a potem lekko trąciła mnie w ramię.

— Jestem z ciebie dumna, Mati. W końcu nauczyłeś się stawiać siebie na pierwszym miejscu.
Uśmiechnąłem się.
— To dziwne. Pierwszy raz od dawna czuję się… uszanowany. Choćby przez samego siebie.
Stuknęła swoją łyżką o moją.
— I tylko to naprawdę się liczy. A teraz jedz lody.
Oboje się roześmialiśmy — tym rodzajem śmiechu, który osiada gdzieś głęboko w klatce piersiowej i sprawia, że świat robi się odrobinę lżejszy.
Tamtego wieczoru wyszedłem od Agnieszki spokojniejszy, z poczuciem, że coś we mnie wróciło na właściwe miejsce. Zrozumiałem, że szacunek, zwłaszcza do samego siebie, nigdy nie jest zbyt wielką prośbą.