Marta zdołała uśpić Jasia dopiero bliżej wpół do trzeciej. Chłopiec kurczowo zaciskał rozgrzaną rączkę na jej palcu, a za każdym razem, gdy próbowała ostrożnie się podnieść, natychmiast zaczynał żałośnie popłakiwać. Krzyż bolał ją tak, jakby ktoś wyjął jej kręgosłup, skręcił go na siłę i włożył z powrotem nie tam, gdzie trzeba. Minął rok od trudnego porodu, a ona dopiero od niedawna potrafiła przespać noc choćby cztery godziny bez przerwy.
Wyszła z pokoju dziecięcego niemal bezszelestnie i na chwilę oparła się o ścianę w przedpokoju. Cisza w mieszkaniu była cienka i krucha, jak szkło, które mogło pęknąć od jednego zbyt głośnego oddechu. Marta przeszła do kuchni i nastawiła czajnik. To było jedyne pół godziny w ciągu dnia, kiedy mogła po prostu wypuścić powietrze z płuc.
W tym samym czasie, po drugiej stronie miasta, Tomasz siedział w pracowniczej stołówce na przerwie obiadowej razem z Pawłem. Wokół dudniły rozmowy, pachniało mielonymi z garmażerki i lekko przypaloną bułką.
— Słyszałeś, że moja Magda w zeszłym miesiącu zarobiła więcej ode mnie? — Paweł rozwinął kanapkę z papieru i zadowolony z siebie odchylił się na krześle. — Robi paznokcie u klientek w domu, terminy ma zajęte na trzy tygodnie do przodu. I to przy małym dziecku.
— Serio? — Tomasz uniósł brwi.
— Widziałem przelewy — Paweł skinął głową, jakby pokazywał niepodważalny dowód.
Tomasz tylko mruknął i wbił wzrok w swój talerz.
— A twoja Marta? — Paweł zapytał to lekko, niby mimochodem.
— A co Marta? — Tomasz odsunął od siebie obiad. — Siedzi w domu. Dziecko śpi, to ona śpi. Dziecko je, to ona je. I tak wygląda cały jej plan dnia.
— To powiedz jej wprost. Po męsku — Paweł wzruszył ramionami. — Magda też na początku narzekała: że zmęczona, że dziecko, że plecy bolą. A potem jej wytłumaczyłem: chcesz, żeby cię szanowano, to zarabiaj. I podziałało.
Tomasz nic nie odpowiedział, ale słowa Pawła utkwiły mu w głowie jak drzazga. Wracały do niego przez resztę dnia w pracy, potem jeszcze w tramwaju, gdy jechał do domu. I kiedy w końcu przekręcił klucz w zamku, w środku już cały wrzał.
Marta przywitała go w kuchni. Jaś raczkował po dywanie w pokoju, przytrzymując się nogi kanapy. Ona kroiła warzywa na leczo, poruszając się szybko i automatycznie: jednym okiem pilnowała garnka, drugim zerkała w stronę drzwi, gdzie co chwilę migała jasna czupryna synka.
— Cześć — odwróciła się i uśmiechnęła znużona. — Kolacja będzie za jakieś dwadzieścia minut.
— Usiądź — Tomasz nawet się nie uśmiechnął. Stał w progu tak, jakby wcześniej przećwiczył tę rozmowę w myślach.
— Co się stało? — Marta odłożyła nóż i wytarła dłonie w ściereczkę.
— Stało się to, że ja sam ciągnę całą tę rodzinę. Wstaję o szóstej rano, wracam prawie o dziewiętnastej. Ja zarabiam. A ty co robisz?
— Tomek, zajmuję się naszym synem. On ma rok. Jeszcze nawet porządnie nie chodzi.
— I co z tego? To jest powód, żeby całymi dniami nic nie robić? U Pawła Magda ma takie samo małe dziecko i zarabia więcej od męża. Żona Kamila piecze torty. A ty? Co robisz ty?
Marta powoli usiadła na krześle. Podobne uwagi słyszała już wcześniej. Zwykle kończyło się na jego burczeniu i jej milczeniu. Ale dziś w jego głosie było coś innego.
— Tomek, twoja pensja nam wystarcza. Nie głodujemy, nie żyjemy w biedzie. Wrócę do pracy, kiedy Jaś trochę podrośnie.
— Trochę podrośnie, czyli kiedy? Za pięć lat? Za dziesięć? Kiedy już ostatecznie przyrośniesz do kanapy?
— Mam trzydzieści jeden lat — głos Marty zadrżał, ale zdołała nad nim zapanować. — Urodziłam rok temu. Miałam ciężkie powikłania. Dopiero zaczęłam dochodzić do siebie.
— Wszystkie kobiety rodzą — rzucił Tomasz twardo, jak kamieniem. — I wszystkie potem wracają do formy. Tylko nie wszystkie zasłaniają się tym przez lata.
— Ty właśnie nazywasz nasze dziecko zasłoną?
— Ja po prostu nazywam rzeczy po imieniu. Rozleniwiłaś się, Marta. Wygodnie ci siedzieć mi na karku i udawać bohaterkę, bo zajmujesz się dzieckiem.
Marta patrzyła na niego nieruchomo. Bez łez. Bez krzyku. Była po prostu zmęczona tłumaczeniem. Zmęczona udowadnianiem, że dzień z rocznym dzieckiem to nie odpoczynek. Że pranie, gotowanie, karmienie, kąpiel, bezsenne noce i nieustanny ból w ciele też są pracą. Prawdziwą. Bez weekendów, urlopu i jednego zwykłego „dziękuję”.
— Dobrze — powiedziała cicho.
— Co znaczy „dobrze”? — Tomasz zmarszczył brwi.
— Dobrze. Pójdę do pracy. Jutro zacznę szukać.
Tomasz czekał na kłótnię. Na płacz, wymówki, pretensje. A usłyszał tylko jedno spokojne słowo. I z jakiegoś powodu nie przyniosło mu ono satysfakcji. Raczej go zaniepokoiło.
— No i świetnie — wycedził. — Najwyższy czas.
Marta wstała, znów wzięła nóż i wróciła do krojenia warzyw. Przez resztę wieczoru nie odezwała się ani słowem. Kiedy Jaś zapłakał w pokoju, podniosła go na ręce, pokołysała, pocałowała w ciepłe czoło i pomyślała: „Skoro tak. Dobrze. Skoro tak”.
Cztery dni później Marta powiedziała:
— Znalazłam pracę. Zaczynam w poniedziałek.
— Gdzie? — Tomasz odłożył telefon.
