– A czego ty się spodziewałeś, kiedy uciekłeś do młodej kochanki? Że żona będzie siedzieć przy oknie i czekać?

Wyszedł na klatkę. W półmroku zadzwonił do sąsiadki naprzeciwko. Za drzwiami zaszurały kapcie. Pani Helena, przyjaciółka jego prababki, uchyliła drzwi ostrożnie.

– Kto tam? Znowu administracja?

– To ja, Tomasz… – powiedział i poczuł, że serce wali mu jak oszalałe.

Kobieta otarła ręce o fartuch i aż się cofnęła.

– Matko święta, to ty? Wróciłeś?

– Wróciłem… Nie wie pani, gdzie są… moi?

– Wejdź, nie stój na przeciągu – powiedziała, odsuwając się od progu i prowadząc do stołu.

W kuchni czajnik jęczał cienko, jak wiatr. Tomasz patrzył w zmęczoną twarz sąsiadki.

– Myślałeś, że Katarzyna będzie czekała, kiedy poleciałeś za smarkulą? Wyjechała, Tomku. Córki zabrała. Ma teraz pracę w małej miejscowości w Świętokrzyskiem. Te twoje złotówki przelewa porządnie, za mieszkanie płacę, jak mi kazała. U nich wszystko poukładane.

– Gdyby to ode mnie zależało, tobym cię… na drobne rozniosła. Dzieci zostawił, żonę zamienił na jakąś pannicę, a teraz, jak przycisnęło, znów pod dawny próg.

– Nie wyszło z kochanką? – dodała ciszej, kiwając głową z gorzkim smutkiem.

– Nie wyszło… – Tomasz podniósł się z krzesła. – Przepraszam, pani Heleno, że panią niepokoiłem.

– Siadaj! – powiedziała nagle tak ostro, że zatrzymał się w pół kroku. – Jeszcze nie skończyłam. Gdyby wszyscy milczeli, zło dawno by wygrało. Dam ci adres i telefon Katarzyny. Ale musisz wiedzieć jedno: urodziła chłopca. Zaraz po twoim odejściu dowiedziała się, że jest w ciąży. Nic ci nie powiedziała, spakowała dziewczynki i wyjechała po cichu. Ciężko jej samej, wiejska pensja to nie Warszawa, opiekunce też trzeba zapłacić, a twoje grosze idą wyłącznie na mieszkanie. No to teraz myśl…

Tomasz zamilkł i objął głowę rękami, jakby coś ciężkiego naciskało mu na skronie. Po chwili zerwał się, a w jego głosie pojawił się twardy, metaliczny ton.

– Dziękuję pani… – powiedział i wyszedł w noc.

Kiedy wrócił do wynajętego pokoju, długo stał przy oknie. Za szybą świeciły cudze, a jednak dziwnie bliskie okna, każde jak mały, niemy wyrzut. Zasypiając nad ranem, powtarzał tylko jedną myśl: oby Katarzyna potrafiła wybaczyć. Byle tylko wybaczyła…