— Daj spokój — zbył ją pan Jan. — Jakie życie w tym wieku? Jej potrzeba opieki.
Wtedy odezwał się Kacper, odrywając wzrok od telefonu.
— A babcia Zosia wie już o tych waszych planach?
— Nie — przyznał pan Jan. — Dopiero chcemy jej zaproponować.
— A jeśli nie będzie chciała? — spytała Ola.
— Przekonamy ją — odparł pewnie pan Jan. — Wytłumaczymy, że tak będzie lepiej.
— Lepiej dla kogo? — niespodziewanie ostro wtrącił Kuba, zwykle najcichszy. — Dla babci czy dla was?
— Kuba! — upomniała go Kasia.
— Ja tylko pytam — chłopiec wzruszył ramionami. — Czy ktoś w ogóle zapytał ją, czy trudno jej samej? Przecież odwiedzamy ją raz na pół roku.
— Wszyscy mają swoje sprawy — westchnęła pani Maria.
— Właśnie — podchwycił pan Jan. — A jeśli zamieszka z nami, będziemy widywać się codziennie.
Wnuki wymieniły spojrzenia. Pani Maria zrozumiała, że entuzjazmu w nich nie ma. Babcia Zosia była surowa, z tych osób, które uważały telefony za zło, a media społecznościowe za głupotę.
— Najpierw zapytajcie babcię — zaproponowała Kasia. — Może ona wcale nie chce się przeprowadzać.
— Oczywiście, zapytamy — skinęła głową pani Maria. — Jutro pojadę.
— Jadę z tobą — natychmiast powiedział pan Jan. — We dwoje szybciej ją przekonamy.
Następnego dnia pojechali do pani Zofii. Przyjęła ich z radością: nakryła stół, wyjęła domowe konfitury i upiekła ulubione ciasto zięcia.
— Jak się żyje, mamo? — zapytała pani Maria w kuchni.
— Dobrze, normalnie — odpowiedziała żywo pani Zofia. — Rano ćwiczenia, potem sklep, wieczorem z dziewczynami oglądamy seriale. Żyję sobie.
— Właśnie o tym chcieliśmy porozmawiać — zaczął pan Jan przy stole. — O pani życiu, pani Zofio.
— A co z nim nie tak? — staruszka od razu się nastroszyła.
— Nic, mamo, nic — pospieszyła pani Maria. — Tylko… może przeprowadziłabyś się do nas? Znajdziemy ci miejsce, będziemy się tobą opiekować…
— Do was? — zdziwiła się pani Zofia. — A skąd taki pomysł?
— No, wiek — włączył się pan Jan. — Nigdy nie wiadomo, co się może stać. A u nas rodzina, wnuki, zawsze ktoś miałby panią na oku.
Pani Zofia zmrużyła oczy, a potem spojrzała na córkę.
— A moje mieszkanie?
— Można wynająć — rzucił niby od niechcenia pan Jan. — Dodatkowy dochód. Zwłaszcza teraz, kiedy potrzebujemy samochodu na działkę.
— Aha — pani Zofia powoli pokiwała głową. — Czyli chodzi wam o moje pieniądze?
— Nie tylko! — pani Maria rzuciła mężowi gniewne spojrzenie. — Mamo, naprawdę chcę, żebyś była bliżej nas — powiedziała mocno. — A samochód… samochód może poczekać.
Pani Zofia długo patrzyła na nich oboje. W końcu roześmiała się cicho.
— Dziękuję ci, córko. Bo już myślałam, że nie córka do mnie przyjechała, tylko pośrednik od mieszkań z zięciem.
Pan Jan poczerwieniał i milczał.
Tydzień później, w niedzielę, cała rodzina znów zebrała się przy stole. Tym razem siedziała przy nim także pani Zofia — nie jak gość, lecz jak gospodyni, która sama napiekła pierogów z kapustą.
— Babciu Zosiu, mogę ci podłączyć tablet do telewizora? — zapytał nieśmiało Kuba. — Będziesz mogła oglądać zdjęcia wnuków.
Staruszka uśmiechnęła się do niego.
— Dobrze, wnusiu. Tylko najpierw wypijemy herbatę. A samochód… kupicie, kiedy będziecie mogli. Autobus nie ucieknie, działka też nie.
— No, to jeszcze zobaczymy, kto kogo!
