Mam na imię Katarzyna. Jestem tą kobietą, która pewnego dnia zdradziła męża dla czarującego mężczyzny z Emiratów, uwierzyła w bajkę pachnącą morzem, piaskiem i luksusem, a potem postanowiła zostać przy kimś, kogo przedtem widziała zaledwie kilka razy. Z boku wyglądało to pewnie jak szaleństwo. Wtedy jednak byłam przekonana, że pierwszy raz w życiu wybieram nie obowiązek, nie przyzwyczajenie i nie lęk, tylko miłość.
Czasem życie przypomina wielki gar z gęstą zupą: wszystko się gotuje, bulgocze, paruje, a smak i tak każdego dnia pozostaje taki sam. Miałam czterdzieści osiem lat. Pracowałam jako kucharka w szkolnej stołówce, a zapach gotowanej kapusty, kaszy, duszonej cebuli i dziecięcego gwaru wniknął we mnie tak mocno, że wydawało mi się, iż chodzi za mną nawet nocą.
Moje poranki od lat wyglądały identycznie. Pobudka o piątej trzydzieści, chustka na włosy, sprawdzanie palników, woda na owsiankę, ogromne garnki, noże, cebula, marchew. Ręce od dawna pachniały kuchnią, a w środku mieszkało coś cichego, niespełnionego, bez imienia. Mój mąż Piotr jeździł ciężarówką.
W domu bywał rzadko — na dwa dni, czasem na tydzień. Pachniał olejem napędowym, drogą i zmęczeniem ciężkim jak przemoczona kurtka. Prawie przestaliśmy rozmawiać. Wszystko stało się suche, zwyczajne, jak według instrukcji: przyszedł, zjadł, położył się, zasnął. Nieraz łapałam się na strasznej myśli, że nie czekam na jego powrót, tylko na dzień, w którym znów ruszy w trasę, żebym nie musiała patrzeć w tę pustkę w jego oczach.
Mówią, że przyzwyczajenie staje się drugą naturą. Ale co zrobić, kiedy twoim przyzwyczajeniem jest samotność?
Dzieci dawno dorosły. Syn wyjechał do Warszawy, córka mieszkała w Poznaniu. Dzwonili rzadko — każde miało własne życie, swoje rachunki, plany i zmartwienia. Coraz częściej czułam się zbędna: dla nich, dla męża, nawet dla samej siebie.
Trzymała mnie tylko szkoła. Tam był hałas, bieganina, dzieciaki, które mówiły do mnie „pani Kasiu” i uśmiechały się, kiedy nakładałam im dokładkę. Czasem, szorując ogromną blachę, wyobrażałam sobie, że razem z tłuszczem i przypalonymi okruchami zmywam z siebie lata przeżyte na darmo. Ale woda spływała do odpływu, a życie zostawało takie samo.
Po zmianie wracałam do domu wąską ulicą między przekrzywionymi płotami. W mieszkaniu czekał stary dywan na ścianie, telewizor z wiadomościami o cenach i wojnach, czajnik oraz cisza. Parzyłam herbatę, siadałam przy oknie i patrzyłam, jak szary śnieg kładzie się na dachach. I któregoś dnia obudziło się we mnie ciche, uparte pragnienie: wyjechać. Gdziekolwiek. Choćby na koniec świata. Tam, gdzie nikt nie wie, kim jestem.
Czasem brałam telefon i przewijałam piękne zdjęcia. Morze, palmy, plaże, drapacze chmur, lśniące miasta. Najbardziej ciągnęło mnie do Dubaju — błyszczącego, nierealnego, jakby namalowanego. Nigdy wcześniej nie byłam za granicą. Nawet nad morzem nie odpoczywałam porządnie. A jednak te światła na zdjęciach zdawały się wołać: przyjedź, tutaj można zacząć od nowa.
Wyjęłam metalowe pudełko po ciastkach, do którego latami odkładałam drobne kwoty. Sto złotych, dwieście, czasem tysiąc po premii. Okazało się, że prawie wystarczy.
Siedziałam nad tymi pieniędzmi i nie mogłam się ruszyć. Mogły być potrzebne na zęby, na remont, na czarną godzinę. Ale pierwszy raz od wielu lat drżałam nie ze strachu, tylko z nadziei. Długo milczałam. Potem poszłam do kuchni, nalałam sobie herbaty i prawie bezgłośnie powiedziałam:
— Katarzyna, teraz albo nigdy.
Kiedy Piotr zadzwonił z trasy, mówiłam jak zawsze: o szkole, mrozie, samochodzie sąsiada, który znowu zastawił wjazd. Ani słowem nie wspomniałam, że następnego dnia pójdę do biura podróży. Nie zrozumiałby. On sam od dawna żył jak w kabinie ciężarówki: trasa, kurs, parking, dom. A ja nagle postanowiłam skręcić z tej drogi.
W biurze podróży pachniało kawą i świeżym papierem. Młoda dziewczyna w czerwonej szmince uśmiechnęła się do mnie:
— Szukamy spokojnego wypoczynku czy czegoś z przygodą?
Zgubiłam się.
— Chyba z przygodą — odpowiedziałam i sama zdziwiłam się własnym słowom.
Wieczorem wyjęłam walizkę. Starą, wytartą, jeszcze z czasów, gdy jeździliśmy z dziećmi do rodziny. Wyciągnęłam sukienki, których nie nosiłam od lat. Jedną granatową, drugą w kwiaty. Przymierzałam je i długo patrzyłam w lustro. Spoglądała na mnie zmęczona kobieta. Ale nie martwa. Żywa. Taka, która kiedyś umiała marzyć.
Prawie nie spałam. Za oknem wył wiatr, zegar tykał powoli, jakby specjalnie rozciągał noc. W głowie krążyły myśli: „A jeśli Piotr się dowie? A jeśli wszystko się nie uda? A jeśli będę żałować?”. Ale lęk mieszał się z poczuciem czegoś wielkiego. Jakby drzwi zamknięte przez całe moje życie wreszcie uchyliły się odrobinę.
Rano obudziłam się z uśmiechem. Pierwszy raz od wielu lat. W kuchni stał ten sam czajnik, to samo stare linoleum, te same firanki. Ale wszystko wyglądało inaczej. Cicho powiedziałam:
— Lecę do Dubaju.
I nawet gdyby ktoś wtedy wszedł i powiedział: „Zatrzymaj się, Katarzyno”, już bym nie posłuchała. Bo po raz pierwszy od dawna poczułam, że żyję.
