Złapali je w końcu. Dwa wychudzone, wystraszone maleństwa, bardziej podobne do garści kosteczek obciągniętych brudnym futrem niż do żywych kociąt, patrzyły na ludzi ogromnymi oczami pełnymi lęku i zupełnego niezrozumienia. Drżały tak mocno, jakby każdy głośniejszy oddech mógł je rozsypać.
Całe moje zawodowe życie, mnie, Janowi Wysockiemu, upłynęło w drodze. Służba nie pytała, czy człowiek zdążył się przyzwyczaić do miejsca: dziś inna jednostka, jutro inne miasto, pojutrze nowy adres i nowe zasady. Jedno tylko się nie zmieniało — obok mnie zawsze były psy. Od młodości miałem do nich słabość i nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby zostawić zwierzaka „na trochę” u kogoś obcego, a już tym bardziej oddać na zawsze. Kłopoty mnie nie odstraszały. Rodzina to rodzina, a u nas od dawna składała się i z ludzi, i z tych kudłatych domowników.
Moja żona, Anna, oraz dzieci rozumiały to bez słów. W naszym domu nie było podziału na „nas” i „zwierzęta”. Każdy miał swoje miejsce, miskę, kąt i prawo do czułości. Gdy trzeba było wyjeżdżać, nikt nie pytał, czy psy jadą z nami. Jechaliśmy wszyscy. A kiedy wracaliśmy, wracaliśmy również razem.
Kiedy przyszła emerytura i z Anną osiedliśmy się z powrotem w rodzinnych stronach, pod Lublinem, to właśnie ona otworzyła przed nami zupełnie nowy rozdział. Pewnego dnia wróciła ze sklepu za rogiem nie sama, lecz z bezdomną kotką. Była chuda, ciężarna i miała w sobie jakąś bezbronną ufność, która ściskała za serce. Przyczepiła się do kawałka kiełbasy, który Anna kupiła na kolację, a potem już nie odstępowała jej ani na krok, jakby coś w środku podpowiedziało jej, że tutaj może zacząć się dom.
Nową lokatorkę nazwaliśmy Melą. Bardzo szybko rozgościła się w naszych sercach. Niedługo później urodziła pięć kociąt. Jedno zostało u nas, pozostałe trafiły do krewnych i znajomych. Z tego pierwszego wyrósł kocur Franek, a po roku w domu pojawili się jeszcze dwaj młodzi panowie: Kuba i Tomek.
Tak to właśnie stary psiarz, jakim byłem przez pół życia, zmienił się niepostrzeżenie w człowieka od kotów. Przyjęły się u nas tak naturalnie, tak cicho weszły w codzienność, że sam się dziwiłem, jak mogłem wcześniej żyć bez ich mądrej, milczącej obecności. Okazało się, że potrafią chodzić za człowiekiem krok w krok nie gorzej niż psy i wyczuwają każde drgnienie nastroju.
W mieszkaniu w mieście z czasem zrobiło się za ciasno. Dzieci dorosły, każde poszło swoją drogą, a my z Anną uznaliśmy, że w wielkim bloku niczego już nie szukamy. Sprzedaliśmy mieszkanie i kupiliśmy przyzwoity dom z ogrodem w jednej z wiosek niedaleko Lublina.
Do dziś uważam, że to była jedna z najlepszych decyzji w naszym życiu. Psy i koty od rana do wieczora biegały po ogrodzie. My wychodziliśmy przed dom, patrzyliśmy, jak tarzają się w trawie, ganiają za sobą i łapią słońce, i cieszyliśmy się razem z nimi.
Na początku maja Anna poprosiła mnie, żebym podjechał do zakładu odebrać zamówiony tunel ogrodowy na działkę. Pojechałem, zapłaciłem — wyszło półtora tysiąca złotych — i wszedłem do hali, żeby sprawdzić stelaże oraz płyty z poliwęglanu.
Gdy pracownicy podnosili platformę z resztkami metalowych elementów, spod spodu dobiegło cieniutkie, żałosne piszczenie.
— A więc tu się pochowały — mruknął chłopak w roboczym kombinezonie. — Nie tam szukaliśmy. Daj znać panu Majewskiemu.
Po chwili podszedł do nas kierownik hali.
— I co, znaleźliście? — zapytał. — Trzeba to stąd usunąć. Potem mnie będą rozliczać, skąd się tu wzięło jakieś zwierzyństwo!
Nie wytrzymałem i zwróciłem się do chłopaka:
— O co tutaj chodzi?
Westchnął i opowiedział, że mniej więcej miesiąc wcześniej do zakładu przybłąkała się kotka. Okociła się pod maszynami. Pracownicy próbowali ją po kryjomu dokarmiać, bo była nędzna i żal było patrzeć. Kiedy jednak dowiedziała się o tym góra, padł nakaz, żeby kociaki „sprzątnąć”: bo zagrożenie, bo ktoś ma alergię, bo na hali nie ma miejsca na takie rzeczy. Matka przenosiła maluchy z kąta w kąt, a potem zniknęła. Myśleli, że zabrała wszystkie, ale najwidoczniej nie zdołała. Samej kotki od kilku dni nikt już nie widział, a te dwa zostały.
— Ile ich tam jest?
— Dwa. Jeden rudy, drugi czarno-biały. Zaraz pan zobaczy.
Kiedy robotnicy przechylili platformę, dwa maleńkie kłębki wyskoczyły spod niej z przeraźliwym piskiem i rozbiegły się po hali. Łapała je cała brygada. W końcu się udało.
Kocięta były brudne, skrajnie chude i tak przerażone, że aż bolało patrzeć. Rozglądały się szeroko otwartymi oczami, trzęsły się i wciskały jedno w drugie. Czarno-białe miało zakrwawiony nosek. Jeden z pracowników ruszył z nimi w stronę wyjścia.
Coś ścisnęło mnie w piersi.
— Poczekajcie! Dokąd je niesiecie?
— Za bramę. Nikomu nie są potrzebne. Tu pełno bezpańskich psów, rozszarpią je w minutę.
— Chwileczkę. Ja je zabiorę. Macie jakieś pudełko?
— Naprawdę? — chłopak spojrzał na mnie z niedowierzaniem. — Panie, wielkie dzięki. Tu same psy krążą, one by nie miały żadnych szans.