Wyszedł na klatkę, dom był jak supeł snu. W półcieniu nacisnął dzwonek do mieszkania naprzeciwko. Za drzwiami zaszurały kapcie. Pani Zofia Kowalska, przyjaciółka jego prababki, uchyliła ostrożnie:
– Kto tam? Znowu hydraulik?
– To ja, Marek… – powiedział, czując, że serce zaraz mu wyskoczy.
Kobieta, ocierając ręce o szlafrok, aż westchnęła:
– Matko Boska, to naprawdę ty! Wróciłeś?
– Wróciłem… Nie wie pani, gdzie są… moi?
– Wejdź, po co stoisz w przeciągu – rzuciła, cofając się i wskazując wytarty stół.
Czajnik jęczał cienko jak wiatr na cmentarzu. Marek patrzył w zacienioną twarz sąsiadki.
– Myślałeś, że Anna będzie tu na ciebie czekać, kiedy pognałeś za smarkulą? Wyjechała, Mareczku, córki zabrała. Pracę ma teraz w województwie świętokrzyskim, tam mieszkają. Twoje złotówki przelewa mi regularnie, a ja płacę za mieszkanie, jak prosiła. U nich wszystko jak trzeba.
– Gdyby to ode mnie zależało, tobym cię… na drobne rozniosła! Dzieci zostawiłeś, żonę zamieniłeś na byle kogo… A teraz, gdy cię przycisnęło, znowu pod ten sam próg.
– Nie wyszło z kochanką? – zapytała ciszej, już smutniej niż gniewnie.
– Nie wyszło… – Marek wstał. – Przepraszam, pani Zofio, że panią nachodzę.
– Siadaj! – powiedziała twardo. – Nie skończyłam. Gdyby każdy robił tylko to, na co inni zasłużyli, dawno wygrałaby ciemna strona świata. Dam ci adres i telefon Anny. Ale wiedz jedno: urodziła syna. Dowiedziała się po twoim odejściu. Nic ci nie powiedziała, tylko wyjechała. Ciężko jej samej, wiejska pensja to nie Warszawa, na opiekunkę wydaje, a twoje grosze idą na mieszkanie. No to teraz myśl…
Marek zamilkł, ściskając głowę, jakby ciężar gniotł mu skronie. Potem zerwał się nagle, z metalem w głosie:
– Dziękuję pani… – I wyszedł w noc.
Kiedy wrócił, długo stał przy oknie. Za szybą świeciły obce, a jednak znajome światła, każde jak mały, niemy wyrzut. Zasypiając, myślał jedno: żeby Anna wybaczyła. Byle wybaczyła…
– I czego on się spodziewał, kiedy pobiegł do młodej kochanki? Że żona będzie czekać? – osądzała go sąsiadka.
