Wyszła na klatkę, a serce tłukło jej się tak mocno, jakby wbiegła po schodach na ostatnie piętro. Nigdy wcześniej nie opuściła rodzinnej kolacji w połowie. Nigdy nie trzasnęła drzwiami po kłótni przy rodzicach męża. Tego wieczoru jednak coś w niej pękło — albo może pękło coś w samym małżeństwie.
Po kilku minutach zawibrował telefon. Dzwoniła jej najlepsza przyjaciółka, Katarzyna.
— No i jak? — zapytała od razu. — Świętowaliście awans?
— Świętowaliśmy, owszem — powiedziała Anna gorzko. — Michał właśnie oznajmił przy swoich rodzicach, że moje miejsce jest w kuchni.
— Żartujesz! — Katarzyna aż westchnęła. — Przecież on zawsze wydawał się taki…
— Postępowy? — Anna uśmiechnęła się bez radości. — Też tak myślałam. Okazało się, że czekał tylko na odpowiednią chwilę, żeby przypomnieć mi, gdzie według niego powinnam stać. I wybrał najlepszą widownię. Rodziców, przy których miałam się nie odważyć sprzeciwić.
— Co zrobiłaś?
— Wyszłam. W połowie kolacji.
— I bardzo dobrze — odparła Katarzyna. — Co teraz?
To pytanie Anna zadawała sobie od momentu, w którym znalazła się na ulicy. Wrócić i udawać, że nic się nie stało? Skonfrontować Michała? A może w ogóle nie wracać i poprosić Katarzynę, by przez kilka dni pozwoliła jej spać na kanapie?
— Nie wiem — przyznała. — Tu nie chodzi tylko o te słowa. Mam wrażenie, jakby zdjął maskę. Zobaczyłam człowieka, którego nie poznaję. I boję się, bo co, jeśli wyszłam za mężczyznę, który wcale mnie nie szanuje?
— Może chciał zaimponować rodzicom? — zasugerowała Katarzyna. — Wiesz, niektórzy faceci przy ojcach nagle zmieniają się w jaskiniowców.
— Może — powiedziała Anna niepewnie. — Ale to go nie usprawiedliwia. Jeśli dla ich aprobaty potrafi mnie upokorzyć, to jakim jest mężem?
Telefon znów zawibrował. Tym razem przyszła wiadomość od Michała: „Gdzie jesteś? Mama się martwi. Wróć, porozmawiamy”.
Anna prychnęła cicho. Nawet teraz zasłaniał się matką, zamiast napisać wprost, że sam się martwi.
— Napisał — powiedziała Katarzynie. — Chce, żebym wróciła i porozmawiała.
— I co zrobisz?
— Wrócę — odpowiedziała po dłuższej chwili. — Ale nie po to, żeby przepraszać. Tylko po to, żeby postawić sprawę jasno. Raz na zawsze.
Rozłączyła się i ruszyła w stronę mieszkania, próbując uporządkować myśli. W środku panowała dziwna cisza. Nie słyszała głosów z salonu, nie było stukotu talerzy ani rozmów prowadzonych półszeptem.
— Wróciłam — powiedziała cicho, wchodząc do przedpokoju.
Michał siedział sam w półmroku i patrzył w okno.
— Twoi rodzice wyszli? — zapytała, zdejmując płaszcz.
— Tak. Odprowadziłem ich — odparł, odwracając głowę. — Gdzie byłaś?
— Spacerowałam. Myślałam. — Anna usiadła naprzeciwko niego. — Michał, musimy porozmawiać.
— Przepraszam za tamto — wyrzucił z siebie nagle. — Nie powinienem był mówić tego przy nich.
Popatrzyła mu prosto w oczy.
— Czyli problemem nie jest to, co powiedziałeś, tylko to, że zrobiłeś to przy świadkach?
Poruszył się niespokojnie.
— Przekręcasz moje słowa. Chodzi mi tylko o to, że rodzina powinna być na pierwszym miejscu. Dla kobiety, znaczy.
— A dla mężczyzny już nie?
— Dlaczego ty ze wszystkiego robisz walkę? — zmarszczył brwi. — Istnieje naturalny porządek. Mężczyzna zapewnia bezpieczeństwo, kobieta troszczy się o dom. Tak było zawsze.
— Naprawdę w to wierzysz? — Anna pochyliła się ku niemu. — Powiedz szczerze, Michał. Kiedy mnie poznałeś, mówiłeś coś zupełnie innego. Podobało ci się, że mam ambicje. Co się zmieniło?
Odwrócił wzrok.
— Nic. Tylko… mama ciągle mówi, że powinniśmy zacząć myśleć o rodzinie. A ty cały czas skupiasz się na pracy.
— Czyli to jednak twoja matka? — w Annie znowu zapłonął gniew. — Ona chce wnuków, więc ty próbujesz mnie docisnąć?
— To nie chodzi o mamę! — Michał podniósł głos. — Ja też chcę dzieci. Mam trzydzieści dwa lata. Wszyscy moi koledzy mają już rodziny, a my wciąż czekamy na jakiś idealny moment.
— Nigdy nie powiedziałam, że nie chcę dzieci — odparła Anna, starając się mówić spokojnie. — Powiedziałam tylko, że chcę najpierw wejść w nową rolę w pracy. Żebym, kiedy pójdę na macierzyński, nie zaczynała wszystkiego od zera. To się nazywa planowanie, nie kaprys.
— A ile to potrwa? Rok? Dwa? Pięć? — Michał wstał i zaczął chodzić po pokoju. — Potem będzie kolejny cel, następny awans, jeszcze jedna rzecz do osiągnięcia. Gdzie jest koniec?
Wtedy Anna zrozumiała. On nie bał się tylko odkładania dzieci. Bał się jej. Tego, że go wyprzedzi. Że stanie się zbyt samodzielna, zbyt pewna siebie, zbyt niezależna. Bał się, że przestanie za nią nadążać.
— Boisz się, że będę lepsza od ciebie — powiedziała cicho.
— Przestań — uciął ostro. — Nikt tak nie myślał.
— Ty tak myślałeś — odparła stanowczo. — I właśnie dlatego zaczynam się zastanawiać, czy ja w ogóle znam mężczyznę, za którego wyszłam. Czy może przez cały ten czas grałeś kogoś innego.
Cisza rozciągnęła się między nimi jak napięta lina. Michał opadł z powrotem na kanapę i ukrył twarz w dłoniach.
— Nie chciałem cię zranić — powiedział w końcu. — Ale ty zawsze jesteś taka pewna siebie. A ja… mam wrażenie, że tracę kontrolę.
