Wróciła do punktu wyjścia jak do pękniętego koryta, choć przez całe życie wierzyła, że uroda wystarczy za wszystko

Wpis z pamiętnika, 12 marca 1985 roku

Ewa od dziecka wiedziała, że jest piękna, bo wszyscy jej to powtarzali.

— Nasza córka to prawdziwa ślicznotka, od razu wyróżnia się z tłumu — chwaliła się matka koleżankom i sąsiadkom. Trudno było zaprzeczyć. Tylko stara pani Wiśniewska z mieszkania obok mruczała czasem: — Wszystkie dzieci są ładne. Dorastanie dopiero pokazuje prawdę. Nie zawsze, ale często.

W liceum Ewa wyrosła na wysoką, zachwycającą dziewczynę. Była dumna, rozpieszczona i przywykła do tego, że chłopcy prześcigają się w zabieganiu o jej uwagę. Po maturze nie dostała się na studia, więc skończyła szkołę policealną z organizacji handlu.

— Córeczko, chodź do laboratorium w zakładzie, tam gdzie ja — zaproponowała matka. — Praca lekka, niczego nie dźwigasz, nie to co w sklepie.

Tak Ewa została pomocą laboratoryjną.

Była wtedy jeszcze ładniejsza i doskonale znała swoją cenę. Zakochał się w niej Jan, inżynier z sąsiedniego działu. Romans był szybki, oświadczyny jeszcze szybsze.

— Wyjdź za mnie, zanim ktoś mi cię sprzątnie sprzed nosa — zażartował.

Powiedziała „tak”.

Ślub mieli skromny, jak większość ludzi w tamtych czasach: zakładowa stołówka, rodzina, koledzy z pracy i gwar życzeń. Wkrótce Ewa odkryła, że jest w ciąży. Jan był szczęśliwy. Ich córka, Zosia, wyglądała jak mała kopia matki i wszyscy się nad nią rozpływali.

Macierzyństwo zmieniło Ewę, ale nie jej twarz. Zmieniło serce. Stała się chłodna, Jana traktowała jak służącego, a on woził Zosię, czytał jej bajki, kładł spać i robił wszystko, co trzeba. Ewa coraz częściej zostawała po pracy, choć Jan wiedział, że laboratorium nigdy nie miało nadgodzin. Znosząc jej ostre słowa, chronił córkę przed awanturami.

— Janek, widzieliśmy twoją żonę z dyrektorem w restauracji — szeptali koledzy.

On tylko odwracał wzrok.

Ewa związała się z Antonim Zawadzkim, wysoko postawionym urzędnikiem, który obsypywał ją biżuterią i drogimi prezentami. Jan we własnym domu stał się cieniem: gotował, sprzątał i milczał. Nie chciał rozwodu, nie dla siebie, lecz dla Zosi.

Potem przyszedł kryzys. Antoni stracił wpływy, zaczęły się kontrole, śledztwa i zatrzymania. Ewę przesłuchiwano, potem wypuszczono z braku dowodów, lecz reputacja została zniszczona. Wróciła z pustymi oczami, jakby przeszła przez ścieki. Oszczędności zniknęły, Jan sprzedał połowę rzeczy, żeby opłacić adwokata. Zakład ją zwolnił. On został dla córki, choć żyli już jak obcy.

Raz prawie odszedł. Ewa, z połamanej dumy, błagała:

— Nie odchodź. Zmienię się.

Został, ale nie potrafił jej dotknąć.

— Sypiałaś z nimi — mówił.

— Dla tej rodziny — odcinała się.

Potem zdradziła znowu, tym razem z młodym pomocnikiem, Michałem. Pożyczki i upór pozwoliły jej wrócić na nogi: najpierw stragan z pamiątkami przy Starym Mieście, potem mały sklep, potem drugi.

— Jan, odbierz mnie z Okęcia, lecę do Stambułu po towar — rozkazywała. — Albo rzuć tę martwą pracę i pomóż mi.

— Nie nadaję się do handlu — mruczał.

— Potrzebuję męskiej siły.

— Sporo facetów szuka roboty — odpowiadał obojętnie.

Michał stał się kimś więcej niż pomocnikiem. Jan wiedział, ale prawie nie mówił.

— Gdybyś dawał mi uwagę, nie szukałabym jej gdzie indziej — rzuciła Ewa.

— Brzydzę się tobą — odpowiedział.

Lata mijały. Zosia wyszła za mąż i przeniosła się do Gdańska. Po Nowym Roku Ewa poleciała do Seulu, a Jan pojechał z kolegami na Mazury. Kiedy wróciła, prawie jej nie poznał.

— Boże, Ewka, co to ma być? Wyglądasz na dwadzieścia lat. Żadnych zmarszczek, żadnego brzucha, szczupła, promienna.

— Kosztowało mnie wszystko — roześmiała się, pokazując pustą portmonetkę. — Koreańskie zabiegi, igły, masaże. Warte każdej złotówki.

Nie umiała przestać. Zyski jednak malały, a potem Jan dostał zawału. Wrócił ze szpitala słaby i postarzały, jakby jedna noc zabrała mu lata.

— Chryste, czy ja też tak będę wyglądać? — mruknęła Ewa, patrząc w lustro.

— Zostań ze mną trochę — prosił.

— Nie mam czasu. Pieniądze same się nie zarobią.

Wtedy uderzył Michał.

— Podpisz tutaj — powiedział, podsuwając dokumenty przenoszące firmę na niego. Ewa podpisała bez czytania.

Prawnik westchnął.

— Pani Nowak, wszystko jest szczelne. Podpisała pani każdą stronę.

Wróciła pokonana.

— Nic nam nie zostało — wyszeptał Jan.

— Mieszkanie. Sprzedamy je i kupimy tańsze.

— I co dalej?

— Dostaniesz komputer. Będziesz żył wirtualnie — zachichotała.

Ewa wiedziała, że podniesie się jeszcze raz. Jak feniks. Jak zawsze.

Lekcja: uroda przemija, a pycha odbiera wzrok. Najgorsze bankructwo nie dotyczy portfela, lecz duszy.