Mąż bez pytania wprowadził matkę do mojego małego mieszkania, a ja nagle zrozumiałam, że we własnym domu nie mam już miejsca dla siebie

Paweł przyprowadził swoją matkę do mojego maleńkiego mieszkania tak, jakby wystarczyło postawić walizki w progu, żeby wszystko stało się oczywiste.

— Mama zostanie u nas przez jakiś czas — powiedział, niespokojnie przestępując z nogi na nogę w ciasnym korytarzu. — U niej pękła rura, remont potrwa podobno bardzo długo. Przecież nie może mieszkać na ulicy, prawda?

Marta zastygła z ręcznikiem w dłoniach, świeżo po prysznicu. Mokre włosy przyciemniły ramiona starego szlafroka. Za Pawłem stała jego matka, Krystyna, ściskając dwie ogromne walizki i pudło przewiązane sznurkiem.

— Witaj, kochanie — odezwała się pogodnie, jakby wcale nie zauważyła osłupienia Marty. — Nie martw się, długo wam nie posiedzę na głowie. Tylko aż hydraulicy skończą. Miesiąc, najwyżej dwa.

Miesiąc? Dwa? W trzydziestometrowym mieszkaniu, gdzie kuchnia była wielkości szafy, a w łazience trudno było się obrócić? Marta poczuła, jak lęk ściska jej klatkę piersiową.

— Pani Krystyno, bardzo miło panią widzieć — zmusiła się do uśmiechu. — Tylko czy naprawdę będzie pani tutaj wygodnie? Może któraś z pani znajomych miałaby trochę miejsca?

— Nie wygłupiaj się, dziecko — Krystyna machnęła ręką i weszła do środka. — Znajome w moim wieku? Te, które jeszcze żyją, same ledwo sobie radzą. Poza tym nie chcę się nikomu narzucać.

A nam to już można? Marta ugryzła się w język.

— Postawimy rzeczy tutaj — Paweł wskazał kąt przy regale. — Mama będzie spała na kanapie. My z Martą rozłożymy wersalkę.

— Absolutnie nie! — oburzyła się Krystyna. — Ja wezmę wersalkę. Wy potrzebujecie normalnego łóżka.

— Mamo, masz chory kręgosłup. Nie będziesz na niej spała — powiedział Paweł stanowczo.

Marta milczała, czując się jak obca osoba we własnym domu. Technicznie mieszkanie należało do niej, dostała je po babci jeszcze przed ślubem. Teraz jednak nie miało to żadnego znaczenia. Paweł zdecydował za nią.

— Zrobię herbatę — powiedziała i wycofała się do małej kuchni, w której ledwie mieściły się lodówka, kuchenka i stolik dla dwóch osób. — Pani Krystyno, pewnie jest pani głodna po podróży?

— Nie krzątaj się, zjadłam coś w autobusie — odparła Krystyna, już rozpakowując rzeczy na fotelu. — Powiedz mi lepiej, jak wy tu żyjecie? Paweł mówi, że wszystko dobrze, ale przecież widzę, jaka tu ciasnota. Najwyższy czas na większe mieszkanie.

Marta zacisnęła usta. Pieniądze były bolesnym tematem. Oboje chcieli normalnego domu, lecz z pensji Pawła z warsztatu i jej wypłaty nauczycielki w podstawówce ledwo wystarczało na codzienność. Kredyt nie wchodził w grę.

— Mamo, rozmawialiśmy o tym — westchnął Paweł. — To nie jest moment.

— A kiedy będzie? — Krystyna pokręciła głową. — Ty masz trzydzieści dwa lata, Marta dwadzieścia osiem. Powinniście myśleć o dzieciach. Gdzie je wychowacie? W tej klitce?

Marta poczuła, że policzki zaczynają ją piec. Dzieci były kolejnym drażliwym punktem. Po czterech latach małżeństwa Krystyna nadal przy każdej okazji przypominała, że czeka na wnuki.

— Mamo, nie teraz — Paweł spojrzał na Martę przepraszająco. — Marta miała długi dzień, ty dopiero przyjechałaś. Odpocznijmy.

Krystyna prychnęła, ale odpuściła i zajęła się swoimi rzeczami.

Marta schowała się w kuchni i głęboko odetchnęła. Kochała Pawła, naprawdę. Ale jego nieumiejętność odmówienia matce doprowadzała ją do szału. Przyprowadził Krystynę bez uprzedzenia, bez rozmowy, bez pytania.

Czajnik zagotował wodę, a ona mechanicznie zaparzyła herbatę. Za małym oknem szare bloki stały pod ciężkim październikowym niebem. Ten ponury widok pasował do niej idealnie.

— Martusiu, mogę pomóc? — głos Krystyny sprawił, że drgnęła.

— Nie, dziękuję, wszystko dobrze — znów się uśmiechnęła. — Po prostu się zamyśliłam.

— Nad czym? — Krystyna usiadła na chwiejnym krześle.

— Nad pracą — skłamała Marta. — Mam trudną klasę. Dwadzieścioro ośmioro dzieci, połowa bez dyscypliny.

— Współczuję — cmoknęła Krystyna. — Kiedyś dzieci szanowały starszych. Teraz wszędzie chaos.

Marta milczała i nalewała herbatę. Krystyna zawsze idealizowała przeszłość, a teraźniejszość zbywała jednym ruchem ręki. Nie było sensu się spierać.

— Mamo, urządziłaś się? — Paweł zajrzał do kuchni. — O, herbata, świetnie. Jutro mam poranną zmianę, więc zaraz się położę.

— Jasne, synku — Krystyna poklepała go po ramieniu. — Odpocznij. My z Martą jeszcze chwilę porozmawiamy.

Właśnie tego potrzebuję, pomyślała Marta.

— Między wami wszystko dobrze? — zapytała Krystyna wprost. — Paweł mówi, że tak, ale ja czuję, że coś jest nie tak.

— Wszystko dobrze — Marta utrzymała równy głos. — Zwykłe małżeńskie życie.

— Małżeństwo powinno być radosne — naciskała Krystyna. — On schudł. Karmisz go porządnie?

— Staram się — Marta upiła herbaty, żeby ukryć irytację. — Oboje wracamy późno. Nie zawsze da się ugotować pełny obiad.

— Ach, ta dzisiejsza młodzież — westchnęła Krystyna. — Kiedyś żony potrafiły pracować i prowadzić dom. A teraz gotowce i jedzenie na wynos. Nic dziwnego, że ludzie chorują.

Marta zacisnęła zęby. Krystyna była starsza i miała kłopot. Będzie cierpliwa. Dla Pawła.