— Postaram się gotować częściej — powiedziała. — Zwłaszcza teraz, kiedy pani tu jest. Może Paweł ma jakieś ulubione dania z dzieciństwa?
To ją wyraźnie ucieszyło. Przez następne pół godziny Krystyna opowiadała o rosole, schabowym, gołąbkach i serniku, które Paweł rzekomo uwielbiał, choć przez cztery lata nigdy o nich nie wspomniał.
W końcu Marta zasłoniła się zmęczeniem i uciekła do łazienki. Zamknęła drzwi, usiadła na brzegu wanny i wypuściła powietrze. Jak mieli to przetrwać? Gdzie było jej miejsce?
Gdy wyszła, Paweł spał już na wersalce, a Krystyna siedziała na kanapie i kartkowała magazyn. Marta położyła się obok męża. Mówi się, że gdzie dwóch, tam towarzystwo, a gdzie trzech, tam tłok. Tylko że ten tłok zaczynał ją dusić.
Rano zapanował chaos. Łazienka, ledwie dobra dla jednej osoby, nagle musiała służyć trzem. Marta, przyzwyczajona do spokojnego prysznica i cichej kawy, musiała dopasować się do Krystyny, która wstawała o świcie.
— Marto, wyprałam ci bluzkę — oznajmiła przy śniadaniu. — Tę białą, z krzesła. Była poplamiona.
— Co? — Marta zakrztusiła się kawą. — Ona moczyła się w specjalnym płynie! To było czerwone wino, nie wolno jej prać normalnie!
— Bzdury — Krystyna machnęła ręką. — Sześćdziesiąt lat piorę proszkiem i zawsze działało.
Marta pobiegła do łazienki. Jej ulubiona bluzka, kupiona na wyprzedaży w eleganckim sklepie, miała teraz żółtawy cień dokładnie tam, gdzie była plama.
— Wszystko dobrze? — Paweł pojawił się za nią. — Mama mówiła, że zdenerwowałaś się przez bluzkę. Kupię ci nową.
— To nie chodzi o bluzkę — szepnęła Marta. — Chodzi o to, że twoja mama rusza moje rzeczy bez pytania. I o to, że ty mnie nie uprzedziłeś. Mogliśmy coś zaplanować.
— Przepraszam — spuścił wzrok. — Wiedziałem, że powiesz nie, więc nie zapytałem. Ale to tymczasowe, obiecuję.
— Prawie nie ma cię w domu — powiedział Paweł po dwóch tygodniach. — Mama mówiła, że wczoraj wróciłaś po dziewiątej.
— Zebranie z rodzicami — odparła Marta zmęczona. — Od kiedy twoja mama zapisuje, o której wracam?
— Ona się martwi — objął ją. — Myśli, że nas unikasz.
— A może unikałam? — Marta spojrzała mu w oczy. — Pawle, ja tak nie mogę. Każdy mój ruch jest oceniany. Czuję się jak gość we własnym mieszkaniu.
— Przesadzasz — zmarszczył brwi. — Mama tylko próbuje pomóc.
— Może tobie. Nie mnie. — Odsunęła się. — Potrzebuję przestrzeni. Żeby oddychać. Żeby być sobą.
— A gdzie ona ma pójść? — jego głos się zaostrzył. — Jej mieszkanie nie nadaje się do życia. Chcesz wyrzucić moją matkę?
— Nie — pokręciła głową. — Ale mogliśmy poszukać innych wyjść. Jej siostra w Poznaniu. Albo pokój do wynajęcia.
— Za co? — Paweł rozłożył ręce. — Ledwo ciągniemy od wypłaty do wypłaty.
Marta nic nie powiedziała. Pieniądze zawsze bolały. Paweł był dobry, ale bez większych ambicji. Lubił pracę mechanika i unikał wszystkiego, co mogło przynieść dodatkowy stres.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Wytrzymam. Ale porozmawiaj z mamą. Powiedz jej, że nie potrzebuję, żeby mnie wychowywała.
Obiecał. Tyle że nic się nie zmieniło. Posiłki były według planu Krystyny, pranie według jej zasad, nawet telewizor należał najpierw do wiadomości, a potem do jej seriali.
Ostatnia kropla spadła w niedzielny poranek. Marta obudziła się i zobaczyła Krystynę grzebiącą w jej kosmetyczce.
— Pani Krystyno, co pani robi? — wyrwała jej ją z rąk.
— O, wstałaś — powiedziała lekko. — Szukałam kremu do rąk. Mam wysypkę.
— Mogła pani zapytać — Marta z trudem zachowała spokój. — To są moje rzeczy.
— Nie dramatyzuj — prychnęła Krystyna. — Jesteśmy rodziną. Za moich czasów w rodzinie nie było sekretów.
— Za pani czasów — Marta nagle nie wytrzymała — może tak. Ja mam granice. Proszę je szanować.
— Egoistka — rzuciła Krystyna. — Pawle, słyszysz, jak twoja żona się do mnie odzywa?
Paweł, siedzący na kanapie, zakaszlał niezręcznie.
— Mamo, Marta ma rację. Pytaj, zanim dotkniesz jej rzeczy.
— Jej rzeczy? — Krystyna aż się cofnęła. — Przecież jestem rodziną!
— Tu nie chodzi o krem — powiedziała Marta ze zmęczeniem. — Chodzi o szacunek.
— Szacunek? — prychnęła Krystyna. — Nowoczesne wymysły. Nic dziwnego, że rodziny się rozpadają.
W Marcie coś pękło. Trzy tygodnie połykanej złości wylały się nagle, ale jej głos zrobił się dziwnie spokojny.
— Wiecie co? Idę się przejść.
Ubrała się szybko, ignorując zdziwione spojrzenie Pawła i zaciśnięte usta Krystyny. Na dworze listopadowa mżawka idealnie pasowała do jej nastroju. Szła przed siebie, byle dalej od mieszkania.
W pustym parku usiadła na mokrej ławce. Telefon zawibrował. Paweł. Nie odebrała. Niech się martwi. Niech choć raz poczuje, jak to jest być ignorowanym.

Po godzinie w końcu odebrała.
— Marta, gdzie jesteś? — Paweł brzmiał nerwowo. — Minęła godzina!
— W parku — powiedziała. — Myślę.
— O czym?
— O nas — westchnęła. — Nie mogę tak dłużej, Pawle. Albo twoja mama wyjedzie, albo nie wiem, co będzie dalej.
— Nie rób dramatu — warknął. — To tylko kosmetyczka.
— To nie jest kosmetyczka! — głos jej się załamał. — Ja się duszę. Nie czuję się już człowiekiem. Jestem dodatkiem do twojej rodziny.
— Czego chcesz? — zapytał chłodno.

— Wynajmę pokój — powiedziała stanowczo. — Dopóki mieszkanie twojej mamy nie będzie gotowe. Potem porozmawiamy. Naprawdę.
— Mówisz poważnie? — był zszokowany. — Odeszłabyś przez coś takiego?
— To nie jest coś takiego — wyszeptała. — Próbuję uratować siebie. Może nas też.
Rozłączyła się i poczuła ulgę. Pierwszy raz od tygodni podjęła decyzję sama, nie uginając się przed cudzą wolą.
Wstała. Przyjaciółka po rozwodzie miała wolny pokój. To był początek.
A Paweł? Może dystans sprawi, że zobaczy coś, czego nie umiał zobaczyć z bliska. Małżeństwo to nie matka i syn. To partnerstwo. Szacunek.
Tak czy inaczej, Marta nie wracała. Nie dziś.