14 marca, Poznań
„Twoja mama już tutaj nie mieszka” — powiedział jej mąż, stojąc w drzwiach, gdy Katarzyna wróciła z podróży służbowej i wciąż trzymała w dłoni uchwyt walizki.
Zamarła na progu. Palce zacisnęły się mocniej na rączce, jakby tylko ona mogła utrzymać ją w pionie. Przez przedpokój przeciągnęło lodowate powietrze — drzwi wejściowe były szeroko otwarte, a w pokoju, w którym zwykle spała jej matka, świeciła się lampka.
„Co to znaczy, że już tutaj nie mieszka?” Głos załamał jej się mimo wysiłku. „Nie było mnie tylko trzy dni. Gdzie ona miałaby pójść?”
Tomasz wzruszył ramionami i odsunął się, żeby mogła wejść. Był przerażająco spokojny. Tak spokojny, jakby mówił o czymś zwyczajnym, a nie o decyzji, która rozrywała jej dom na pół.
„Zawiozłem ją do cioci Heleny. Helena zgodziła się, żeby została u niej na jakiś czas.”
„Na jakiś czas?” Katarzyna zrzuciła z nóg obcasy, nawet na niego nie patrząc. „Co to w ogóle znaczy? I dlaczego postanowiłeś o tym beze mnie?”
„Bo ja już nie daję rady.” Spojrzał jej prosto w oczy. „Naprawdę nie daję. Trzy lata, Kasiu. Trzy lata takiego życia. Wystarczy.”
Weszła do kuchni i położyła torbę na stole zbyt gwałtownie. Dłonie trzęsły jej się ze zmęczenia, z szoku, z gniewu, który narastał gdzieś pod żebrami. Otworzyła lodówkę, wyjęła butelkę wody i wypiła kilka łyków, próbując kupić sobie sekundę spokoju.
„Czyli mam dobrze zrozumieć?” powiedziała powoli, zmuszając się do opanowania. „Wyrzuciłeś moją mamę z domu, kiedy mnie nie było?”
„Nie wyrzuciłem jej. Przeniosłem ją. Z szacunkiem, z jej rzeczami.” Oparł się o framugę. „I dobrze wiesz, że to była konieczna decyzja. To twoja mama, ale nasze małżeństwo też powinno coś znaczyć.”
Katarzyna pokręciła głową. Nie mieściło jej się w głowie, że czyjeś życie może zostać tak po prostu przesunięte, jak mebel w ciasnym pokoju. Rano wyjeżdżała z Poznania z pewnością, że wróci do domu, który zna. Teraz stała w miejscu, które wyglądało tak samo, ale przestało być tym samym miejscem.
„Muszę porozmawiać z mamą” — powiedziała i sięgnęła po telefon.
„Jest za późno” — odparł Tomasz. „Prawie północ. Zadzwonisz jutro.”
„Pojadę do cioci Heleny.”
„Nie pojedziesz.” W jego głosie pojawiła się twardość. „Dopiero wysiadłaś z pociągu. Ledwo stoisz. Rano porozmawiamy.”
Wybrała numer matki, ale telefon był wyłączony. Zadzwoniła do Heleny — nikt nie odebrał. Tomasz patrzył na nią bez słowa, co tylko bardziej doprowadzało ją do furii.
„Co jej powiedziałeś?” rzuciła, odkładając telefon na stół.
„Prawdę. Że nie możemy już tak żyć. Że nasze małżeństwo się rozpada. Że w końcu musiało paść pytanie: ona albo ja.”
„Postawiłeś jej ultimatum?”
„A nie miałem prawa?” Przeczesał dłonią włosy. „Kasiu, rozmawialiśmy o tym dziesiątki razy. Ja dłużej nie umiem. Chcę, żebyśmy znów byli rodziną. Ty i ja. Bez ciągłych kłótni, bez szeptów za ścianą, bez chodzenia po mieszkaniu jak po cienkim lodzie.”
Katarzyna opadła na krzesło i zakryła twarz rękami. Tak, rozmawiali. Wciąż wracali do tego samego tematu, ale nigdy nie wierzyła, że Tomasz zrobi coś bez niej. Wmawiała sobie, że czas wszystko jakoś ułoży.
„Jak ona to przyjęła?” zapytała, nie unosząc głowy.
„Jak żołnierz. Powiedziała, że spodziewała się tego od dawna. Spakowała się w godzinę. Nawet nie zapłakała.”
Katarzyna uśmiechnęła się gorzko. Cała mama — dumna, zacięta, nieugięta. Nawet gdyby pękało jej serce, nie pozwoliłaby nikomu zobaczyć łez.
„Muszę ją zobaczyć.”
„Jutro” — powtórzył Tomasz. „Teraz prysznic i łóżko. Wyglądasz, jakbyś miała się przewrócić.”
Posłuchała go. Pod strumieniem gorącej wody próbowała poukładać w głowie to, co usłyszała. Mama mieszkała z nimi od czasu udaru. Lekarze mówili, że potrzebuje stałej opieki. Zostawienie jej samej nie wchodziło w grę, więc Katarzyna zabrała ją do siebie bez wahania.
Na początku Tomasz nie protestował. Rodzina to rodzina — powtarzał. Ale mijały miesiące, a poprawa przychodziła wolno. Matka robiła się coraz bardziej ostra, podejrzliwa, kąśliwa. Potrafiła milczeć pół dnia, a potem wybuchać bez ostrzeżenia. Najczęściej przy Tomaszu.
„To nie jest porządny mężczyzna” — mruczała, kiedy wychodził do pracy. „Kranu porządnie nie naprawi, pieniędzy jak trzeba nie zarobi. Jeszcze pożałujesz, że przy nim zostałaś.”
Katarzyna go broniła, oczywiście, że broniła. Tłumaczyła, że Tomasz jest programistą, że dziś liczy się głowa, nie siła w rękach. Że mają mieszkanie, samochód, wyjeżdżają nad morze, żyją spokojnie.
„Twój dziadek nigdy by na coś takiego nie pozwolił” — ucinała matka. „Prawdziwy mężczyzna dba o swoich.”
Tomasz zaciskał zęby, ale napięcie rosło z każdym tygodniem. Zostawał dłużej w biurze, rezygnował ze wspólnych kolacji. Jeśli był w domu, zamykał się w sypialni — niby do pracy, a czasem chyba tylko po to, żeby zniknąć.
Oni sami też prawie przestali rozmawiać. Nie tak jak kiedyś. Zostały zakupy, rachunki, pranie z pralni, listy spraw do załatwienia. Małżeństwo, które dawniej było ciepłe i bliskie, skurczyło się do wspólnego adresu.