A teraz stało się to. Tomasz wybrał za nią. Matki nie było. Bez rozmowy. Bez ostrzeżenia. Bez pytania, czy Katarzyna potrafi to udźwignąć.
Wsunęła się do łóżka. Tomasz już leżał i udawał, że czyta książkę.
„Rozumiem, dlaczego to zrobiłeś” — powiedziała cicho. „Ale nie miałeś prawa zrobić tego za moimi plecami.”
„Czekałem trzy lata, aż ty podejmiesz jakąkolwiek decyzję.” Odłożył książkę na szafkę. „Trzy lata proponowałem rozwiązania. Opiekunkę, osobne mieszkanie, dom opieki. Stać nas na to. Tylko ty nigdy nie chciałaś słuchać.”
„Ona jest moją mamą” — odpowiedziała ostro Katarzyna. „Wychowała mnie sama, kiedy ojciec odszedł. Pracowała na dwa etaty, żebym mogła chodzić na fortepian i do dobrego liceum. Nie mogę po prostu oddać jej obcym ludziom!”
„A ja?” zapytał Tomasz bardzo cicho. „Ja też jestem dla ciebie obcy?”
Nie odpowiedziała. W pokoju było słychać tylko tykanie zegara. Tomasz zgasił lampkę i odwrócił się plecami. Katarzyna patrzyła w sufit, a serce biło jej tak szybko, jakby ciało nadal biegło, choć ona leżała nieruchomo.
Rano zadzwoniła ciocia Helena. Powiedziała, że mama czuje się dobrze, że się urządza i że nie trzeba od razu przyjeżdżać.
„Nie przychodź dzisiaj” — poprosiła. „Daj jej chwilę. Musi się oswoić.”
Katarzyna jej nie uwierzyła. Mama zawsze chciała ją widzieć — codziennie, co godzinę. Nawet zwykłe wyjście do Biedronki kończyło się telefonem: „Gdzie jesteś? Kiedy wrócisz?”
„I tak przyjadę” — powiedziała Katarzyna i się rozłączyła.
„Wziąłem wolne” — odezwał się Tomasz, stając w drzwiach kuchni. „Musimy porozmawiać. Naprawdę.”
Skinęła głową. Musieli.
„Najpierw zobaczę mamę” — odparła. „Potem porozmawiamy.”
Ciocia Helena mieszkała po drugiej stronie miasta, w starym bloku bez windy na Wildzie. Kiedy Katarzyna wspinała się po schodach, myślała tylko o tym, jak jej matka poradzi sobie z czterema piętrami i chorym biodrem.
Drzwi otworzyła Helena — krągła kobieta z włosami farbowanymi na rudy kolor. Daleka krewna, z którą mama od lat prawie nie utrzymywała kontaktu.
„Wejdź” — powiedziała. „Twoja mama jest w kuchni.”
Mieszkanie było ciasne, a kuchnia tak mała, że dwie osoby ledwie mogły się minąć. Matka siedziała przy oknie, wyprostowana jak do fotografii. Nie odwróciła się, kiedy Katarzyna weszła.
„Mamo.”
„Przyjechałaś” — powiedziała chłodno. „Myślałam, że mąż ci zabroni.”
„Nie mów głupstw.” Katarzyna usiadła naprzeciw niej. „Oczywiście, że przyjechałam.”
„A co się właściwie stało?” Matka w końcu spojrzała jej w oczy. „Nic wielkiego. Twój mąż pokazał, kto rządzi. Zawsze mówiłam, że jest słaby. A tu proszę — wyszedł z niego tyran.”
Katarzyna westchnęła. U matki wszystko było czarne albo białe. Nie istniało nic pomiędzy.
„On nie jest tyranem. Wszyscy byliśmy już tym zmęczeni.”
„Zmęczeni?” Matka parsknęła. „A ja to niby żyłam w pałacu? Chora, zależna, dzień w dzień czując, że jestem ciężarem? Myślisz, że nie widziałam, jak on na mnie patrzy?”
„Wybrałaś jego.” Jej głos stał się twardy jak stal. „To z nim żyj. Ja sobie poradzę.”
Helena dyskretnie wyszła z kuchni. Katarzyna patrzyła na matkę — siwe włosy, zaciśnięte usta, plecy nadal proste. Nawet tutaj, w obcym mieszkaniu, nie pozwalała sobie na słabość.
„Wynajmę ci kawalerkę blisko nas” — zaproponowała. „Załatwimy opiekunkę. Wszystko, czego będziesz potrzebowała.”
„Nie.” Matka zacisnęła szczękę. „Zostanę tutaj. Jak dojdę do siebie, wrócę do siebie.”
„Lekarze mówili, że nie powinnaś mieszkać sama.”
„Lekarze nie wiedzą wszystkiego.” Uniosła brodę. „Poradzę sobie.”
Mówiła stanowczo, ale Katarzyna zauważyła drżenie jej dłoni. Matka się bała. Naprawdę się bała — pierwszy raz od lat miała zostać sama.
„Będę przychodzić codziennie.”
„Nie.” Głos matki odrobinę zmiękł. „Masz swoje życie. Przyjeżdżaj w weekendy.”
Katarzyna znała ten ton. Kiedy mama coś postanowiła, nie było takiej siły, która mogłaby ją zawrócić.
Zanim wyszła, matka chwyciła ją za nadgarstek.
„Ja tylko chciałam, żebyś była szczęśliwa” — szepnęła. „Może ten twój Tomasz ma rację. Może bez mnie będzie wam lżej.”
Katarzyna objęła ją mocno, wdychając znajomy zapach lawendy i pudru — zapach domu, dzieciństwa, bezpieczeństwa.
„Kocham cię” — wyszeptała. „Zawsze będę przy tobie.”
Matka odsunęła się, a na jej twarz wróciła dawna maska.
„Idź już” — powiedziała. „Nie każ mu czekać.”
Na zewnątrz Katarzyna stała przez chwilę na zimnym powietrzu i miała wrażenie, że płuca ją palą. Poczucie winy przygniatało ją do chodnika. Rozumem wiedziała, że Tomasz miał rację. Ale serce bolało ją na myśl, że matka mogła poczuć się porzucona.
W domu Tomasz czekał z obiadem — zrobił jej ulubioną zapiekankę makaronową. Usiedli naprzeciwko siebie, jak dawniej, zanim wszystko zaczęło pękać.
„Jak ona?”
„Dzielna” — odpowiedziała Katarzyna. „Udaje, że nic się nie stało.”
Tomasz skinął głową. Znał swoją teściową aż za dobrze. Żelazna do końca, nawet jeśli w środku wszystko się waliło.
„Kasiu, wiem, że jesteś na mnie zła” — powiedział. „Ale nie widziałem już innego wyjścia. Niszczyliśmy się nawzajem. Twoja mama była nieszczęśliwa ze mną. Ja byłem nieszczęśliwy z nią. A ty stałaś pośrodku, rozrywana na dwie strony.”