Zofia postanowiła zrobić mężowi niespodziankę i wróciła od matki trzy godziny wcześniej, niż zapowiadała. Kiedy otworzyła drzwi własnego mieszkania, nie zdołała powstrzymać łez.
Patrzyła przez okno pociągu podmiejskiego i myślała o mamie. Spędziła u niej trzy dni: podawała rosół, pilnowała tabletek, mierzyła temperaturę. Dopiero wczoraj gorączka zaczęła spadać.
— Zostań jeszcze jeden dzień — prosiła rano matka.
— Mamo, Marek jest sam. Pewnie żywi się kanapkami i herbatą.
Teraz, siedząc w wagonie, Zofia żałowała, że nie posłuchała. Ale Marek dzwonił co wieczór, pytał o zdrowie teściowej i narzekał, że lodówka świeci pustkami. Mówił dziwnym głosem. Zmęczonym.
— Tęsknię — mruknął poprzedniej nocy.
Zofia uśmiechnęła się wtedy. Trzydzieści lat razem, a on wciąż tęskni. Dobry mąż jej się trafił.
Pociąg kołysał się lekko. Kobieta naprzeciwko chrupała paluszki i czytała romans. Na okładce szczupła dziewczyna obejmowała bruneta w eleganckiej marynarce. Zofia zerknęła na swoje odbicie w szybie. Zmarszczki, siwizna przy skroniach. Kiedy zdążyła się tak postarzeć?
— Do męża pani jedzie? — zapytała współpasażerka.
— Tak, do domu.
— A ja do kochanka — zachichotała tamta. — Mąż myśli, że jestem u przyjaciółki.
Zofia spłonęła rumieńcem i odwróciła głowę. Jak można mówić o czymś takim bez wstydu?
Telefon zawibrował.
„Jak mama? Kiedy wrócisz?” — napisał Marek.
Spojrzała na godzinę. Do domu zostały jeszcze trzy godziny. Chciała odpisać prawdę, lecz się rozmyśliła. Niech będzie niespodzianka. Wróci, zrobi kolację, nakryje stół. Marek się ucieszy.
„Jutro rano. Też tęsknię” — wysłała.
Po chwili dostała serduszko.
Za oknem migały działki i małe osiedla. Zofia wyjęła z torby termos z herbatą. Mama wcisnęła jej jeszcze kanapki, jakby córka nie była dorosłą kobietą, tylko uczennicą z pierwszej klasy.
— Całkiem schudłaś, córeczko. Ten twój Marek chyba nie pilnuje, żebyś jadła porządnie.
— Mamo, mam pięćdziesiąt pięć lat.
— I co z tego? Dla mnie zawsze będziesz dzieckiem.
Zofia jadła kanapkę z szynką i myślała o matce. Starsza kobieta mieszkała sama w tym samym bloku z wielkiej płyty, w którym Zofia dorastała. Ojciec zmarł sześć lat temu, a matka nie chciała słyszeć o przeprowadzce.
— Macie swoje sprawy i tak mało miejsca — powtarzała. — Nie będę wam stara baba pod nogami chodzić.
A przecież nikomu by nie przeszkadzała. Zofia całe życie się kimś zajmowała. Najpierw rodzicami, potem Markiem, potem dziećmi. Pracowała w przedszkolu, ale po urodzeniu Pawła została w domu. Potem przyszła na świat Marta i tak już zostało.
— Po co ci praca? — mówił Marek. — Ja zarabiam. Ty zajmij się domem.
Zajmowała się. Trzydzieści lat gotowała, prała, sprzątała, prasowała. Woziła dzieci na zajęcia, cerowała ubrania, przyszywała guziki i układała Markowi koszule w szafie.
Dzieci dorosły. Paweł zamieszkał w Gdańsku i się ożenił. Marta wyszła za mąż i urodziła córeczkę. Zofia została babcią.
I co dalej?
Pociąg zwolnił. Zofia zebrała rzeczy, pożegnała się ze współpasażerką i wysiadła. Na peronie panował hałas, ludzie cisnęli się do przystanku. Do domu miała jeszcze czterdzieści minut autobusem.
Po drodze wyobrażała sobie zaskoczenie Marka. On czeka na nią jutro, a ona będzie już dziś. Wstąpi do Biedronki, kupi mięso, ziemniaki, coś na sałatkę. Ugotuje obiadokolację, jak dawniej.
W sklepie nabrała pełne torby. Kasjerka uśmiechnęła się.
— Gości pani zaprasza?
— Nie, męża chcę ucieszyć.
Siatki były ciężkie. Ledwo doniosła je do klatki. W windzie odetchnęła, potem długo szukała kluczy w torebce.
Wreszcie otworzyła drzwi.
— Marek, to ja! Wróciłam!
Cisza. Pewnie spał. Było późno, prawie jedenasta.
Zofia odstawiła zakupy i zdjęła płaszcz. W mieszkaniu paliło się światło. Dziwne. Marek zawsze spał po ciemku.
Poszła odwiesić płaszcz do szafy i zamarła. Przy progu stały damskie buty. Czerwone, lakierowane, na wysokiej szpilce. Drogie i błyszczące.
— Marek? — zawołała ciszej.
Serce zaczęło jej walić. Może to buty Marty? Córka miała klucze. Ale dlaczego nie uprzedziła?
Z kuchni dobiegł śmiech. Kobiecy.
Zofia skamieniała. To nie była Marta. Głos był obcy.
— Marek, ty jesteś niemożliwy — powiedziała nieznajoma.
— Zosia przyjedzie dopiero jutro. Zdążymy wszystko posprzątać — odpowiedział mąż.
Zofia oparła się o ścianę. Nogi ugięły się pod nią. Kim była ta kobieta? Co oni robili w jej domu?
— A jeśli wróci wcześniej? — zapytała tamta.
— Nie wróci. Ona jest punktualna jak zegarek. Skoro powiedziała jutro rano, to jutro rano.
Znów się roześmiali. Zofia zamknęła oczy. Oddychało jej się coraz trudniej.
Cicho przeszła korytarzem do kuchni. Drzwi były uchylone.
Przy stole siedział Marek w podkoszulku i dresach. Miał potargane włosy i zadowoloną twarz. Naprzeciwko niego siedziała młoda, ciemnowłosa kobieta. Mogła mieć około trzydziestu lat. Na ramionach miała szlafrok Zofii.
Na stole stały dwa kieliszki, śledzie, ogórki kiszone i sałatka jarzynowa. Marek trzymał tę kobietę za rękę.
— Iwona, jesteś niezwykła — powiedział szeptem.
Iwona? Kim była Iwona?
