Żona chciała zaskoczyć męża i wróciła od matki trzy godziny wcześniej, a po wejściu do mieszkania zobaczyła coś, czego nie zapomni do końca życia

— A twoja żona? — zapytała kokieteryjnie brunetka. — Przecież mówiłeś, że ją kochasz.

— Kocham. Ale to co innego. Przy tobie czuję, że żyję.

Zofia wczepiła palce we framugę. Przed oczami zrobiło jej się ciemno. Trzydzieści lat małżeństwa. Trzydzieści lat troski, wiary, cierpliwości. A on…

— Marek — wyszeptała.

Oboje odwrócili się gwałtownie. Marek pobladł i otworzył usta. Kobieta zerwała się z krzesła, poprawiając szlafrok.

— Zosia? Przecież ty… ty miałaś wrócić jutro — wyjąkał.

— Kto to jest? — spytała, wskazując drżącą ręką brunetkę.

— To Iwona. Koleżanka z pracy.

— Koleżanka? — Zofia spojrzała na kobietę w swoim szlafroku. — Koleżanka w moim szlafroku?

— Ja chyba pójdę — rzuciła Iwona, ruszając do wyjścia. — Marek, zdzwonimy się.

— Stój! — krzyknęła Zofia. — Nigdzie nie idź. Najpierw powiedzcie mi, co tu się dzieje.

Iwona zatrzymała się. Na jej twarzy widać było winę, ale niezbyt głęboką.

— My tylko rozmawialiśmy — powiedziała. — Marek pomagał mi przy sprawozdaniu.

— Przy sprawozdaniu? — Zofia zaśmiała się nerwowo. — W środku nocy? W moim szlafroku?

— Zosiu, uspokój się — Marek wstał. — To nie tak. Iwona prosiła o pomoc w pracy, poszedłem do niej, potem zaproponowała herbatę…

— Herbatę? — Zofia wskazała kieliszki. — To jest herbata?

— Trochę wypiliśmy.

— Założyła mój szlafrok! W moim mieszkaniu! Przy moim stole! Kiedy ja opiekowałam się chorą matką!

Marek zrobił krok naprzód.

— Nie krzycz. Sąsiedzi usłyszą.

— Sąsiedzi? — odsunęła się. — O sąsiadów się martwisz? A o mnie myślałeś, kiedy tę… tę…

— Nic nie było! — chwycił ją za ramiona. — Przysięgam, nic!

Zofia popatrzyła mu w oczy. Zobaczyła strach, panikę i kłamstwo. Po trzydziestu latach znała jego twarz na pamięć.

— Puść — powiedziała cicho.

— Zosiu…

— Powiedziałam: puść!

Marek zabrał ręce. Drżały mu palce.

— Ja pójdę — szepnęła Iwona i ruszyła do drzwi.

— Stój! — warknęła Zofia. — Najpierw zdejmij mój szlafrok.

— Zosiu, przy mnie? — Marek próbował stanąć między nimi.

— Teraz się wstydzisz? Nie wstydziłeś się, gdy siedziała w nim przy moim stole!

Iwona ściągnęła szlafrok i rzuciła go na krzesło. Pod spodem miała obcisłe dżinsy i top.

— Przepraszam — rzuciła i wybiegła.

Drzwi trzasnęły.

Zofia osunęła się na krzesło i zakryła twarz dłońmi. Nie było łez. Była pustka. Czarna dziura w miejscu serca.

— Zosiu, porozmawiajmy spokojnie — Marek usiadł obok. — Wszystko wyjaśnię.

— Wyjaśniaj.

— Iwona naprawdę poprosiła o pomoc ze sprawozdaniem. Pomogłem jej. Potem chciała wypić za dobrą pracę.

— O dziewiątej wieczorem?

— Tak wyszło.

— Do drugiej w nocy? Cztery godziny robiliście sprawozdanie?

Marek milczał. Twarz miał czerwoną i spoconą.

— Marek, nie jestem idiotką — powiedziała Zofia. — Żyjemy razem trzydzieści lat. Widzę, kiedy kłamiesz.

— Nic nie było! Tylko rozmawialiśmy. Ona jest samotna, nie ma z kim pogadać.

— A ze mną nie masz o czym?

— Z tobą rozmawiamy o domu. O wnuczce, o twojej mamie. A z nią… o czymś innym.

Zofia wstała. W piersi aż ją zapiekło.

— O czymś innym? A ja kim jestem? Meblem kuchennym?

— Nie to miałem na myśli.

— A co? Co?! — uderzyła pięścią w stół. — Trzydzieści lat prowadziłam dom. Dla ciebie i dla dzieci. Zrezygnowałam z pracy. A ty mówisz, że ze mną nie ma o czym rozmawiać?

— Uspokój się.

— Nie uspokoję się! Prasuję ci koszule, gotuję, sprzątam, pilnuję wszystkiego, a ty z koleżanką rozmawiasz „o czymś innym”!

Nagle stanęła.

— Jedna? Tylko ona? Ile było przed nią?

— Nikogo!

— Kłamiesz. Ile razy zostawałeś w pracy? Ile było narad, delegacji, firmowych kolacji?

— To była praca!

— Taka jak dziś z Iwoną?

Marek spuścił głowę.

— Zosiu, kocham cię. Naprawdę. Jesteś mi najbliższa.

— Najbliższa? Jak stare kapcie?

— Jak mam to powiedzieć?

Łzy wreszcie popłynęły.

— Oddałam ci życie. Całe! A ty szukasz młodszej?

— Nie szukam! Iwona sama…

— Sama co? Sama włożyła mój szlafrok? Sama wzięła cię za rękę? Sama nalała wódki?

Marek milczał.

— Odpowiedz! Sama?

— To było obustronne.

Zofia złapała się za pierś.

— Czyli ty też chciałeś.

— Zosiu, proszę…

— Ile to trwa? Ile?

— Trzy miesiące.

Zofia osunęła się na podłogę.

— Trzy miesiące patrzyłeś mi w oczy, całowałeś na dobranoc, mówiłeś, że kochasz. A potem szedłeś do niej?

— Rzadko się widywaliśmy.

— Rzadko? Czyli jednak. — Zaczęła podnosić się z podłogi. — Koniec. Wszystko skończone.

— Dokąd idziesz?

— Byle dalej od ciebie.

Ruszyła do przedpokoju. Marek pobiegł za nią.

— Zosiu, zostań. Rano porozmawiamy na spokojnie.

— Na spokojnie? Ja teraz całe życie będę musiała przemyśleć na spokojnie.

— Nie wychodź, proszę.

Odwróciła się. Stał w starej koszulce i spodniach od piżamy. Łysiejący, z brzuchem, nagle żałosny.

— Wiesz co? Idź do swojej Iwony. Porozmawiajcie o czymś innym.

Trzasnęła drzwiami i zbiegła schodami. Nie czekała na windę, bo bała się, że Marek ją dogoni.

Na dworze było zimno. Dokąd miała iść? Do Marty nie pojedzie, obudzi wnuczkę. Do matki daleko, ostatni pociąg już odjechał.

Przypomniała sobie o przyjaciółce Elżbiecie, która mieszkała na sąsiednim osiedlu. Zadzwoniła.