Nazywam się Katarzyna. To ja jestem tą kobietą, która pewnego dnia zdradziła męża dla czarującego mężczyzny z Dubaju, uwierzyła w błyszczącą arabską baśń i postanowiła zostać przy człowieku, którego przedtem widziała zaledwie kilka razy. Z boku naprawdę wyglądało to jak szaleństwo, ale wtedy byłam przekonana, że pierwszy raz w życiu wybieram nie obowiązek, nie przyzwyczajenie, nie strach, tylko miłość.
Czasem życie przypomina wielki gar gęstej zupy: wszystko się gotuje, bulgocze, paruje, a smak i tak każdego dnia jest taki sam. Miałam czterdzieści osiem lat. Pracowałam jako kucharka w szkolnej stołówce, a zapach gotowanej kapusty, kaszy, smażonej cebuli i dziecięcego gwaru wsiąkł we mnie tak głęboko, że zdawało mi się, iż chodzi za mną nawet nocami.
Moje poranki wyglądały zawsze jednakowo. Pobudka o piątej trzydzieści, chustka na włosy, sprawdzenie palników, woda na owsiankę, ogromne garnki, noże, cebula, marchew. Dłonie od dawna pachniały kuchnią, a gdzieś w środku zamieszkało coś cichego, niespełnionego, bez imienia. Mój mąż, Andrzej, jeździł tirem.
W domu bywał rzadko — na dwa dni, czasem na tydzień. Pachniał olejem napędowym, trasą i zmęczeniem ciężkim jak przemoczona kurtka. Prawie przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Wszystko stało się suche, znajome, jak odgrywane według instrukcji: przyszedł, zjadł, położył się, zasnął. Nieraz łapałam się na strasznej myśli, że nie czekam już na jego powrót, tylko na dzień, w którym znów wyjedzie w trasę, żebym nie musiała patrzeć na pustkę w jego oczach.
Mówią, że przyzwyczajenie staje się drugą naturą. Tylko co zrobić, jeśli twoim przyzwyczajeniem jest samotność?
Dzieci dawno dorosły. Syn wyprowadził się do Warszawy, córka mieszkała w Lublinie. Dzwonili rzadko — każde miało swoje życie, swoje rachunki, swoje plany i zmartwienia. Coraz częściej czułam się niepotrzebna: im, mężowi, a nawet samej sobie.
Trzymała mnie tylko szkoła. Tam był hałas, bieganina, dzieciaki, które mówiły do mnie pani Kasiu i uśmiechały się, gdy dokładałam im kompotu albo drugą porcję pierogów. Czasami, szorując wielką blachę, wyobrażałam sobie, że razem z tłuszczem i przypalonymi okruchami zmywam z siebie lata przeżyte na próżno. Ale woda spływała do odpływu, a życie zostawało takie samo.
Po zmianie wracałam do domu wąską uliczką między krzywymi płotami. W mieszkaniu czekał na mnie stary dywan na ścianie, telewizor z wiadomościami o cenach i wojnach, czajnik oraz cisza. Parzyłam herbatę, siadałam przy oknie i patrzyłam, jak szary śnieg osiada na dachach. I któregoś dnia podniosło się we mnie ciche, uparte pragnienie: wyjechać. Gdziekolwiek. Choćby na koniec świata. Tam, gdzie nikt nie wie, kim jestem.
Czasem brałam telefon i przeglądałam piękne zdjęcia. Morze, palmy, plaże, wieżowce, miasta zalane światłem. Najbardziej ciągnęło mnie do Dubaju — lśniącego, nierealnego, jak namalowanego. Nigdy nie byłam za granicą. Nawet nad morzem nie wypoczęłam porządnie. Ale te światła na fotografiach jakby wołały: przyjedź, tutaj można zacząć od nowa.
Wyjęłam metalową puszkę po herbatnikach, do której przez lata odkładałam po trochu. Dziesięć złotych, dwadzieścia, czasem dwieście po premii. Okazało się, że prawie wystarczy.
Siedziałam nad tymi pieniędzmi i nie mogłam się ruszyć. Mogły się przydać na dentystę, na remont, na czarną godzinę. Ale pierwszy raz od wielu lat drżałam nie ze strachu, tylko z nadziei. Długo milczałam. Potem poszłam do kuchni, nalałam sobie herbaty i ledwie słyszalnie powiedziałam:
— Katarzyna, teraz albo nigdy.
Kiedy Andrzej zadzwonił z trasy, mówiłam jak zwykle: o szkole, mrozie, aucie sąsiada, które znowu zastawiło wjazd. Ani słowem nie wspomniałam, że następnego dnia pójdę do biura podróży. Nie zrozumiałby. On sam od dawna żył jak w kabinie ciężarówki: trasa, kurs, parking, dom. A ja nagle postanowiłam zjechać z tej drogi.
W biurze podróży pachniało kawą i świeżym papierem. Młoda dziewczyna z mocną pomadką uśmiechnęła się do mnie:
— Szukamy spokojnego wypoczynku czy czegoś z przygodą?
Zmieszałam się.
— Chyba z przygodą — odpowiedziałam i sama zdziwiłam się swoim głosem.
Wieczorem wyciągnęłam walizkę. Starą, obtartą, jeszcze z czasów, gdy jeździliśmy z dziećmi do rodziny na wieś. Wyjęłam sukienki, których nie nosiłam od lat. Jedną granatową, drugą w kwiaty. Przymierzyłam i długo patrzyłam w lustro. Spoglądała na mnie zmęczona kobieta. Ale nie martwa. Żywa. Ta, która kiedyś umiała marzyć.
Prawie nie spałam. Za oknem wył wiatr, zegar tykał powoli, jakby specjalnie wydłużał noc. W głowie krążyły myśli: „A jeśli Andrzej się dowie? A jeśli coś się nie uda? A jeśli będę żałować?” Ale lęk mieszał się z poczuciem czegoś wielkiego. Jakby drzwi, zamknięte przez całe moje życie, wreszcie uchyliły się odrobinę.
Rano obudziłam się z uśmiechem. Pierwszy raz od wielu lat. W kuchni stał ten sam czajnik, ten sam stary linoleum, te same firanki. A jednak wszystko wyglądało inaczej. Wyszeptałam:
— Lecę do Dubaju.