I gdyby wtedy ktoś wszedł i powiedział: „Zatrzymaj się, Kasiu”, już bym go nie posłuchała. Bo pierwszy raz od dawna poczułam, że naprawdę żyję.
Po kupieniu wycieczki świat jakby nabrał kolorów. Nawet szkolny dzwonek brzmiał inaczej — głośniej, weselej. Niosłam przez korytarz garnek zupy, a wewnątrz cała drżałam z niecierpliwości. Za tydzień samolot. Nikt nic nie wiedział: ani koleżanki, ani sąsiadki, ani tym bardziej Andrzej.
Czasem uśmiechałam się bez powodu. Dziewczyny ze stołówki zerkały na siebie:
— Kasia, co ty tak promieniejesz? Wygrałaś milion?
— Prawie — żartowałam.
W środku rosło dziwne uczucie — zachwyt wymieszany ze strachem. Bilety i dokumenty schowałam w kuchennej szafce za paczką kaszy gryczanej. Andrzej nigdy tam nie zaglądał. Wieczorami wyciągałam papiery, gładziłam je palcami i wyobrażałam sobie: otwieram oczy, a wokół słońce, piasek, morze i nowa ja.
Ale im bliżej był dzień wylotu, tym głośniej coś we mnie szeptało: „A jeśli on się dowie?”
W sobotę Andrzej wrócił z trasy. Wszedł jak zwykle zmęczony, prawie nie zdejmując kurtki, rzucił torbę przy drzwiach i ciężko westchnął:
— Ledwo dojechałem. Drogi jak koszmar.
Postawiłam kolację. Jadł w milczeniu, patrząc w telewizor. Prezenter mówił o rosnących cenach, ale mnie to nie obchodziło. Patrzyłam na twarz męża i czułam, jak ściska mi się serce. Kiedyś ten człowiek był dla mnie wszystkim. Teraz wydawał się obcy.
Po kolacji zapytał:
— W szkole jak?
— Jak zawsze — odpowiedziałam.
— No tak — mruknął.
I na tym rozmowa się skończyła.
Nawet nie zauważył, że obok, pod obrusem, stała moja w połowie spakowana walizka.
W nocy nie spałam. Andrzej chrapał, a ja słuchałam zegara. Każda sekunda odmierzała mój sekret. W piersi kłębił się strach, ale razem z nim pojawiało się dziwne, niemal zakazane zadowolenie. Jakbym już wydostała się z klatki, choć na razie tylko w myślach.
Rano pojechał na parking i powiedział, że za trzy dni znów rusza w trasę.
— Trochę odpocznę i jadę dalej — rzucił, całując mnie w policzek.
Policzek pozostał zimny. Kiedy ciężarówka zniknęła za zakrętem, zamknęłam drzwi, oparłam się o nie plecami i cicho się roześmiałam. Ten śmiech był drżący, prawie przestraszony.
Tego samego dnia poszłam na targ. Kupiłam lekką sukienkę, kapelusz, ciemne okulary. Sprzedawczyni zapytała:
— Na urlop się pani wybiera?
— Tak — powiedziałam. — Do Dubaju.
Gwizdnęła cicho.
— No, no, z rozmachem.
Uśmiechnęłam się. Słowo „Dubaj” brzmiało tak przyjemnie, jakby samo było biletem do innego życia.
Wieczorem dopakowałam walizkę: sukienkę, kostium kąpielowy, krem z filtrem, aparat, dokumenty. Dzieciom napisałam krótko: „U mnie wszystko dobrze. Jadę trochę odpocząć. Nie martwcie się”. Dokąd dokładnie — nie dopisałam. Niech myślą, że nad polskie morze albo w góry.
Przed snem siedziałam na łóżku i patrzyłam na walizkę. W głowie powtarzało się jedno: „Oby się udało”.
Rano pojechałam do miasta, a stamtąd autobusem na lotnisko. Serce waliło tak, jakbym szła zdawać najważniejszy egzamin w życiu. W hali odlotów były głosy, komunikaty, zapach kawy, śmiech. Czułam się jak małe ziarenko piasku pośród tych wszystkich ludzi. Ale szczęśliwe ziarenko.
Kiedy ogłoszono wejście na pokład, pierwszy raz w życiu weszłam po schodkach do samolotu. Za oknem migotały światła rodzinnego miasta — małe, drżące. Zamknęłam oczy i pomyślałam: „Żegnaj, Katarzyno ze szkolnej stołówki”.
Gdy samolot oderwał się od ziemi, zrozumiałam, że nie ma już odwrotu.
Samolot wylądował, a ja jakbym wynurzyła się ze snu. W okno uderzyło tak jasne światło, jakby samo słońce zajrzało do środka. Powietrze drżało od upału, a razem z nim drżało moje serce. Na tablicy świeciły słowa: „Dubai International Airport”.
Wysiadłam, a ciepłe powietrze natychmiast dotknęło twarzy. Pachniało przyprawami, drogimi perfumami i czymś nieznanym, słodkawym. Zdawało się, że każdy oddech obiecuje mi nowe życie. Szłam długim korytarzem, starając się nie zgubić wśród pewnych siebie ludzi z walizkami i telefonami. A ja — w granatowej sukience, z drżącymi rękami i oczami pełnymi światła.
Kontrolę paszportową przeszłam spokojnie. Młody strażnik o ciemnych oczach spojrzał na zdjęcie, potem na mnie i skinął głową:
— Welcome.
Jedno krótkie słowo stało się początkiem innej rzeczywistości.
Taksówka pędziła autostradą obok ogromnych wież, błyszczących szyldów i szklanych witryn. Przyciskałam czoło do szyby. Wszystko wyglądało jak bajka. Wieżowce wyrastały prosto z piasku. Ulice lśniły czystością. Kiedy kierowca podał cenę, trochę się speszyłam, ale i tak podałam pieniądze, myśląc: warto.
Hotel błyszczał jak pałac. W recepcji dziewczyna w chustce uśmiechnęła się:
— Welcome, Mrs. Katarzyna. Your room with sea view.
Skinęłam głową, choć nie rozumiałam każdego słowa. „Sea view” zabrzmiało dla mnie jak zaklęcie.
Pokój okazał się przestronny: białe zasłony, lustra, chłodna podłoga i widok na bezkresne morze. Fale iskrzyły się, słońce grało na wodzie. Otworzyłam okno, wciągnęłam gorące powietrze i roześmiałam się. Naprawdę. Pierwszy raz od wielu lat.