— Ile można czekać? Spóźnimy się! — Katarzyna nerwowo spojrzała na zegarek, kręcąc się po przedpokoju.
— Już jestem, tylko poprawię krawat — odpowiedział Marek z sypialni. — Zresztą dawno byśmy wyszli, gdybyś nie zmieniała sukienki trzy razy.
— Tylko mi nie zaczynaj! — warknęła. — Chcę dobrze wyglądać na twoim firmowym wieczorze, a nie jak szara mysz.
Marek pojawił się w drzwiach, dociągając węzeł. Miał czterdzieści pięć lat, wciąż był szczupły i zadbany, choć przy skroniach coraz mocniej srebrzyły się włosy.
— Zawsze wyglądasz świetnie — powiedział łagodniej. — Szczególnie kiedy się nie złościsz.
Katarzyna chciała coś odciąć, ale z kuchni wyszła jej matka, pani Halina, z filiżanką herbaty w dłoni.
— A wy dokąd tak odświętnie? — zapytała, mierząc ich uważnym wzrokiem.
— Mamo, Marek ma spotkanie firmowe. Mówiłam ci rano — przypomniała Katarzyna, poprawiając kolczyki.
— Ach, tak, zapomniałam — pani Halina upiła łyk. — Tylko czemu tak późno? Już prawie dwudziesta.
— Dlatego właśnie się spieszymy — Marek starał się mówić spokojnie, choć w środku wszystko w nim kipiało. — Kasiu, zamawiamy taksówkę czy jadę autem?
— Lepiej taksówkę, żebyś też mógł odpocząć — odparła żona, wyciągając telefon.
— I słusznie — wtrąciła teściowa. — Bo mężczyźni to pierwsi do picia, a jak trzeba ponieść odpowiedzialność, to ich nie ma.
Marek zacisnął zęby i policzył w myślach do dziesięciu. Każde słowo pani Haliny brzmiało jak zarzut, nawet jeśli rozmowa dotyczyła drobiazgu.
— Mamo, proszę — szepnęła Katarzyna i przepraszająco spojrzała na męża.
— Dobrze, dobrze, milczę — odparła pani Halina, wracając do kuchni, lecz zostawiła drzwi uchylone, by słyszeć dalszą rozmowę.
— Taksówka będzie za pięć minut — powiedziała Katarzyna, chowając telefon do torebki.
— Dobrze. Wzięłaś klucze? — Marek sięgnął po marynarkę.
— Tak, wszystko mam.
Z kuchni znów wychyliła się teściowa.
— A kiedy wrócicie? Mam zamykać drzwi?
— Nie zamykaj, mamo. Mamy klucze.
— A jeśli zgubicie? Albo wypijecie za dużo? — rzuciła podejrzliwie, patrząc na zięcia.
— Nie zgubimy kluczy — uciął Marek. — I znam umiar.
— Wszyscy tak mówią, a potem…
— Nie siedźcie do nocy! — zawołała za nimi pani Halina.
W taksówce Katarzyna ścisnęła dłoń męża.
— Przepraszam za mamę. Ona po prostu się martwi.
— Jasne — odpowiedział Marek, patrząc przez okno. Za szybą mijały ciemne warszawskie ulice, latarnie i spieszący ludzie. Czasem zazdrościł im tej zwyczajnej swobody, tego poczucia, że nikt nie ocenia każdego kroku.
Pani Halina wprowadziła się do nich trzy miesiące wcześniej, po śmierci ojca Katarzyny. „Tylko na chwilę”, mówiła wtedy żona, „dopóki mama nie oswoi się z samotnością”. Ale tymczasowość stała się codziennością, a ich trzypokojowe mieszkanie zaczęło przypominać ciasną klatkę.
Firmowy wieczór odbywał się w restauracji w centrum Warszawy. Eleganckie wnętrze, muzyka na żywo i odświętnie ubrani goście tworzyli nastrój miłego spotkania. Marek powoli się rozluźniał, rozmawiając ze współpracownikami i ich partnerami. Katarzyna w granatowej sukience przyciągała spojrzenia i czarowała wszystkich swobodą.
— Ma pan wyjątkową żonę — powiedział przy barze pan Wiktor, dyrektor firmy. — Prawdziwa dama.
— Dziękuję — Marek spojrzał na Katarzynę z dumą. Rozmawiała właśnie z żoną dyrektora. — Miałem szczęście.
— Długo jesteście małżeństwem?
— Piętnaście lat. W kwietniu mamy rocznicę.
— Piękny wynik. A dzieci?
— Nie — Marek pokręcił głową. — Nie udało się.
To wciąż bolało. Długo próbowali, chodzili po lekarzach, robili badania, podejmowali leczenie. Wszyscy mówili, że wszystko jest w porządku, trzeba tylko czekać. A potem Katarzyna uznała, że może im we dwoje też wystarczy.
Wieczór trwał. Marek wypił dwa kieliszki wina, nic więcej, bo zawsze znał granicę, wbrew temu, co myślała teściowa. Około jedenastej zaczął zbierać się do domu.
— Może jeszcze zostaniemy? — poprosiła Katarzyna. — Dopiero zaczęli tańczyć.
— Pół godziny i jedziemy — zgodził się. — Jutro normalny dzień pracy.
Katarzyna uśmiechnęła się i pociągnęła go na parkiet. Tańczyli powoli, jak dawniej. Marek objął żonę, poczuł zapach jej perfum i przez chwilę pomyślał, że może nie jest tak źle. Teściowa pod jednym dachem? Inni też tak żyją.
Do mieszkania wrócili około północy. Światło w przedpokoju wciąż się paliło, choć liczyli, że pani Halina śpi.
— No, wreszcie jesteście — odezwała się, gdy tylko weszli. — Już myślałam, że policję trzeba będzie wzywać.
— Mamo, proszę cię — westchnęła Katarzyna. — To był zwykły firmowy wieczór.
— Za moich czasów porządni ludzie tak późno nie wracali — zacisnęła usta pani Halina. — A od ciebie, Marek, czuć alkohol.
— Wypiłem dwa kieliszki wina przez cały wieczór — powiedział spokojnie.
— Wszyscy tak mówią.
— Mamo, jesteśmy zmęczeni. Porozmawiamy jutro.
— Oczywiście — westchnęła teatralnie teściowa. — Ja tutaj nic nie znaczę. Mojego zdania nikt nie słucha.
Marek bez słowa poszedł do łazienki. Pod gorącym prysznicem próbował zmyć z siebie napięcie. Przez piętnaście lat małżeństwa nigdy nie czuł, że między nim a Katarzyną stoi taki mur. Kiedy wrócił do sypialni, żona leżała już w łóżku.
