— Nie zwracaj uwagi na mamę — szepnęła. — Po śmierci taty jest jej ciężko.
Marek milczał.
— Daj jej czas — dodała Katarzyna, głaszcząc go po ręce. — Przywyknie.
Chciał odpowiedzieć, że boi się czegoś innego: że to on przywyknie do ciągłych uwag, do tłumaczenia się z każdego wyjścia, do braku prywatności. Ale nic nie powiedział. Katarzyna zasypiała, a jego rano czekała praca.
Następny dzień zaczął się od zapachu smażonej ryby. Marek nie znosił tej woni i pani Halina dobrze o tym wiedziała. Wszedł do kuchni, krzywiąc się mimowolnie.
— Dzień dobry — mruknęła teściowa. — Śniadanie prawie gotowe.
— Dziękuję, zjem w pracy — nalał sobie kawy. — Spieszę się.
— Jak zawsze — westchnęła demonstracyjnie. — Moje jedzenie nie jest dość dobre dla pana kierownika.
— Nie o to chodzi. Naprawdę się spieszę.
— Kasia zje w domu, jak porządna żona — położyła na talerzu duży kawałek ryby. — Nie jak niektórzy, co wiecznie latają jak poparzeni.
Marek dopił kawę w milczeniu i wyszedł z kuchni. W przedpokoju spotkał zaspaną Katarzynę.
— Już wychodzisz? — zdziwiła się.
— Tak, dużo spraw — pocałował ją w policzek. — Twoja mama zrobiła rybę.
— Znowu? — Katarzyna zmarszczyła nos. — Przepraszam, porozmawiam z nią.
— Nie trzeba — odparł zmęczony. — I tak nie pomoże.
Dzień w biurze dłużył się niemiłosiernie. Marek nie mógł się skupić, co chwilę wracał myślami do domu. W południe zadzwoniła Katarzyna.
— Cześć, jak tam? — zapytała spiętym głosem.
— Pracuję. Co się stało?
— Mama przekładała twoje rzeczy w szafie. Powiedziała, że robi porządek. Powiedziałam jej, że nie lubisz, kiedy ktoś rusza twoje rzeczy, i się obraziła.
— Kasiu, mam już dość — Marek nie wytrzymał. — Dlaczego ona uważa, że może rządzić się w naszym domu?
— Ona chce pomóc — broniła matki Katarzyna. — Wiesz, jaka jest. Musi mieć jakieś zajęcie.
— Niech zajmie się sobą! — podniósł głos, po czym od razu obejrzał się na współpracowników. — Oddzwonię później. Teraz nie mogę.
Rozłączył się i zapatrzył w okno. Myślał o tym, czy powinien był nalegać, by teściowa została w swoim mieszkaniu. Ale sprzedała je niemal od razu po śmierci męża, mówiąc, że za dużo tam wspomnień. Nie było już dokąd wrócić.
Wieczorem Marek został w pracy dłużej, niż musiał. Nie chciał iść do domu. Kiedy w końcu wszedł do mieszkania, Katarzyna czekała z winną miną.
— Co się stało? — zapytał, zdejmując buty.
— Mama przypadkiem rozbiła twój kolekcjonerski model samolotu — powiedziała cicho. — Ten, który przywiozłeś z Berlina.
Marek znieruchomiał. Rzadki Messerschmitt był jego dumą. Składał go miesiącami, po kawałku.
— Przypadkiem? — powtórzył.
— Odkurzała, zahaczyła o szafkę i model spadł.
— Dlaczego odkurzała w moim gabinecie? — w jego głosie pojawił się gniew. — Ustaliliśmy, że to jedyne miejsce, do którego nie wchodzi!
— Chciała zrobić ci przyjemność — Katarzyna spuściła oczy. — Wiedziała, że wrócisz późno, więc posprzątała.
— Gdzie jest?
— U sąsiadki. Powiedziała, że wróci, kiedy ochłoniesz.
Marek wszedł do gabinetu. Na biurku leżały szczątki modelu: połamane skrzydła, pęknięty kadłub, drobne części rozsypane po blacie. Miesiące cierpliwej pracy zniknęły w jednej chwili.
— To była ostatnia kropla — wyszeptał.
— Marek, proszę — Katarzyna stanęła za nim. — Ona nie chciała.
— Tu nie chodzi o samolot — odwrócił się do żony. — Chodzi o to, że twoja matka nie szanuje naszej przestrzeni, zasad ani małżeństwa. Wtrąca się we wszystko.
— Ona tylko się o nas martwi — powiedziała Katarzyna, ale zabrzmiało to już niepewnie.
— Nie. Ona kontroluje. A ja dłużej tak nie dam rady.
— Co masz na myśli? — w jej oczach pojawił się lęk.
— Albo twoja matka się wyprowadza, albo my się rozwodzimy — powiedział Marek. — Nie żartuję. Jestem na granicy.
Katarzyna cofnęła się, jakby dostała cios.
— Nie możesz mówić poważnie. Chcesz wyrzucić moją matkę?
— Nie wyrzucić. Niech wynajmie coś niedaleko. Będziemy pomagać, odwiedzać, wspierać ją. Ale pod jednym dachem już nie mogę.
— A jeśli wybiorę mamę? — zapytała cicho.
— Wtedy się rozstaniemy — odpowiedział równie cicho. — Przez piętnaście lat byłem dla ciebie najważniejszy, a od trzech miesięcy czuję się jak gość we własnym domu.
Katarzyna rozpłakała się.
— To niesprawiedliwe! Mama jest sama, potrzebuje wsparcia!
— A ja potrzebuję żony — Marek podszedł bliżej. — Potrzebuję domu, w którym mogę odpocząć, a nie czekać na kolejną uwagę albo kontrolę.
Wtedy w przedpokoju trzasnęły drzwi. Pani Halina wróciła od sąsiadki i, słysząc głosy, natychmiast weszła do pokoju.
— A, jesteś — zaczęła od progu. — Pewnie już nagadałeś pani Małgosi okropności o mnie? Chciałam dobrze. A ta twoja zabawka i tak stała w kurzu, żadnego pożytku.
— Mamo! — krzyknęła Katarzyna. — Proszę, nie teraz.
— A kiedy? Kiedy twój mąż łaskawie wysłucha prawdy? Przecież on…
— Dość — przerwał Marek, zdziwiony własnym spokojem. — Pani Halino, usiądźmy i porozmawiajmy jak dorośli.
Teściowa niespodziewanie zamilkła. Przeszli do salonu. Marek usiadł w fotelu, Katarzyna i jej matka na kanapie.
— Rozumiem pani sytuację — zaczął. — Strata męża po tylu latach musi być straszna. Ale pani też musi zrozumieć nas. Z Katarzyną budujemy swoje życie od piętnastu lat. Teraz ono jest zagrożone.
— Przeze mnie? — prychnęła.
— Tak — odpowiedział wprost. — Przez kontrolę, uwagi i ciągłe wtrącanie się. Czuję się obcy we własnym domu.
— To teraz też mój dom — oświadczyła uparcie pani Halina.
— Właśnie o tym mówię. Uważam, że powinna pani mieszkać osobno.
— Wyrzucacie matkę żony na ulicę? Do tego doszło?
— Nikt pani nie wyrzuca — powiedział cierpliwie. — Pomożemy wynająć mieszkanie blisko, będziemy odwiedzać, wspierać finansowo.
— A jeśli odmówię? — skrzyżowała ręce.
— Wtedy ja i Katarzyna nie będziemy mogli dalej żyć razem — spojrzał na żonę. — Już jej to powiedziałem.
— Szantażysta! — wybuchła pani Halina. — Kasiu, ty tego słuchasz?
Katarzyna podniosła zapłakaną twarz.
— Nie wiem, co robić, mamo. Kocham was oboje. Ale Marek ma rację. Te ostatnie miesiące były ciężkie dla wszystkich.
— Czyli ty też chcesz, żebym odeszła? — w głosie pani Haliny zabrzmiał ból.
— Chcę, żebyśmy wszyscy byli szczęśliwi — powiedziała Katarzyna cicho. — A teraz nikt nie jest. Ani ty, ani Marek, ani ja.
Zapadła cisza, w której nie dało się już ukryć prawdy. Nikt nie wygrał tej rozmowy, ale właśnie wtedy zaczęli szukać nowej równowagi: takiej, w której każdy mógł żyć własnym życiem, pozostając częścią jednej rodziny.
