Cudze zasady gry: opowieść o tym, dlaczego w Emiratach nie wolno oddawać serca i majątku mężczyźnie, który obiecuje złote życie

Gdy słońce zaczęło schodzić ku horyzontowi, Karim zaproponował, żebyśmy zostali dłużej.

— Tutejszy zachód jest wyjątkowy. Jedna chwila i świat rodzi się od nowa.

Staliśmy na szczycie wydmy. Wiatr bił w twarz, piasek iskrzył złotem. Podszedł bliżej, objął mnie za ramiona, a ja się nie odsunęłam. W środku wszystko skurczyło się i roztopiło jednocześnie.

— Katarzyno — szepnął — rozumiesz, co czuję?

Milczałam.

— Wydaje mi się, że znalazłem to, czego szukałem.

Pocałował mnie. Delikatnie, ostrożnie, jakby bał się mnie spłoszyć. Jego usta pachniały miętą i słońcem. Serce biło tak, jakby biegło po piasku. Ale głęboko w środku i tak poruszył się strach. Zbyt pięknie. Zbyt idealnie. Świat taki nie bywa.

W drodze powrotnej milczał. Patrzył na drogę, mocno ściskając kierownicę. Zapytałam:

— Wszystko dobrze?

— Tak. Myślę. Mam duże sprawy. Projekt. Może mogłabyś pomóc.

Zaniepokoiłam się.

— Jak?

Uśmiechnął się lekko:

— Potem opowiem. Teraz nie czas mówić o pieniądzach.

Słowo „pieniądze” przesunęło się po plecach chłodem. Ale on się uśmiechnął, dotknął mojej ręki i lęk znów się rozpuścił.

Przed hotelem Karim otworzył mi drzwi, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło.

— Ufasz mi, Katarzyno? — zapytał cicho.

— Chyba tak.

— W takim razie się nie bój. Czasem los wymaga kroku w ciemność.

Ta fraza mnie przeszyła.

Kiedy zostałam sama, w pokoju zrobiło się zbyt cicho. Zdjęłam amulet, położyłam go na stole i długo patrzyłam na zielony kamień. Błyszczał jak oko jaszczurki. Włączyłam telewizor, żeby zagłuszyć myśli, ale arabska mowa wydawała się za głośna.

Potem wzięłam telefon i otworzyłam rozmowę. Dziesiątki wiadomości: „Śpisz? Jesteś piękna. Pamiętaj, jestem blisko”. Wszystko wyglądało szczerze. Może po prostu niepotrzebnie się boję?

Położyłam się, ale sen nie przychodził. Za oknem szumiało miasto, a w głowie brzmiał jego głos: „Czasem los wymaga kroku w ciemność”. Nie wiedziałam jeszcze, że ten krok już zrobiłam.

Kolejne dni porwały mnie jak wir. Przestałam odróżniać poranek od wieczoru. Karim pojawiał się jak z powietrza: raz przysyłał do pokoju bukiet białych lilii, raz zapraszał na spacer, raz dzwonił w środku dnia tylko po to, by powiedzieć: „Myślę o tobie”.

Umiał dobierać słowa. Każde zdanie brzmiało tak, jakby nikt wcześniej na świecie go nie wypowiedział. A ja wierzyłam. Śmiałam się, odpowiadałam, znów malowałam usta, wybierałam sukienki, przymierzałam biżuterię. Z każdym spotkaniem wydawało mi się, że młodnieję.

Pewnego dnia zabrał mnie nad morze. Nie na plażę dla turystów, ale tam, gdzie przy nabrzeżu stały białe jachty. Słońce oślepiająco odbijało się w wodzie, powietrze pachniało solą i benzyną.

Karim podszedł do jednego jachtu i powiedział:

— Dzisiaj jest tylko nasz.

Zmieszałam się:

— Wynająłeś go?

— Czy mogłem pozwolić, żebyś patrzyła na morze wyłącznie z brzegu? — odpowiedział i podał mi rękę.

Weszliśmy na pokład. Jacht miękko się zakołysał, silnik zamruczał i miasto zaczęło się oddalać. Morze było tak niebieskie, że chciało się płakać. Wiatr plątał mi włosy, sukienka kleiła się do ciała, a w środku była lekkość, jakbym zrzuciła z siebie dziesiątki lat.

Karim stał obok w białej koszuli, bez okularów. Jego ciemne oczy lśniły. Odbijały się w nich słońce i ja sama.

— Wyglądasz jak kobieta ze starej legendy — powiedział. — Przyszła do morza i odmieniła swój los.

— I jak skończyła się ta legenda?

— Znalazła miłość.

Powiedział to tak prosto, jakby mówił o czymś nieuniknionym.

Piliśmy miętową herbatę, jedliśmy daktyle. Opowiadał o przyjaciołach, biznesie, jednej transakcji, która może zmienić wszystko. Słuchałam, prawie nie wnikając, zaczarowana jego głosem.

Kiedy słońce zaczęło zachodzić, włączył cichą muzykę. Arabska melodia ciągnęła się jak oddech pustyni. Potem poprosił mnie do tańca. Zawstydziłam się, ale objął mnie pewnie i miękko. Serce biło w rytmie.

— Wiesz, Katarzyno — powiedział, patrząc mi w oczy — widziałem wiele kobiet, ale ty jesteś inna. Masz w sobie czystość.

— Niczego nie chcesz poza uczuciem? — wyszeptałam.

— A co złego jest w uczuciu? Nic. Tylko że ono czyni nas bezbronnymi.

Te słowa przeszły po skórze chłodem. Ale Karim już się uśmiechał, jakby nie powiedział nic ważnego.

Kiedy jacht wrócił do portu, niebo było fioletowe, a nad wodą wisiał ogromny księżyc. Odwiózł mnie do hotelu, wysiadł, otworzył drzwi i podał rękę.

— Dzisiaj byłaś moją królową — powiedział cicho. — Jutro pokażę ci coś wyjątkowego.

W pokoju długo stałam przy oknie. Fale toczyły się ku brzegowi, gdzieś w oddali migotały światła. W dłoniach trzymałam bransoletkę, którą dał mi na pożegnanie. Cienką, złotą, z małym kamieniem. Piękną. Zbyt piękną.

Przypomniałam sobie Piotra: jego szorstkie dłonie, milczenie, zapach drogi. I nagle poczułam winę. Nieproszoną, zimną jak nocny piasek. Ale obok niej była słodycz. Po raz pierwszy od lat czułam się potrzebna, pożądana, żywa.

Przed snem otworzyłam telefon. Nowa wiadomość od Karima: „Zmieniłaś mój poranek. Jutro zmienisz moje życie”.

Uśmiechnęłam się, nie wiedząc, że te słowa wkrótce staną się strasznym proroctwem.