„Dość tego siedzenia na macierzyńskim, od jutra szukasz pracy” — zażądał mąż. Marta spokojnie przytaknęła, lecz on nawet nie podejrzewał, dokąd zaprowadzi go jej zgoda

Marta zdołała uśpić Kubusia dopiero chwilę przed wpół do trzeciej. Chłopiec zaciskał rozpaloną rączkę na jej palcu, a gdy tylko próbowała ostrożnie wysunąć dłoń i podnieść się z łóżeczka, natychmiast zaczynał cicho, żałośnie popłakiwać. Krzyż bolał ją tak, jakby ktoś wyjął jej kręgosłup, skręcił go w dłoniach i włożył z powrotem byle jak. Od trudnego porodu minął już rok, a ona dopiero niedawno zaczęła przesypiać nocami choćby cztery godziny bez przerwy.

Wyszła z pokoju dziecka prawie bezszelestnie i na moment oparła się barkiem o ścianę w przedpokoju. Cisza w mieszkaniu wydawała się cienka jak szkło — wystarczyłby jeden gwałtowniejszy ruch, jedno stuknięcie kubkiem, i wszystko mogło się rozsypać. Marta przeszła do kuchni, nastawiła czajnik i zamknęła oczy. To było jedyne pół godziny w ciągu dnia, kiedy mogła nie robić nic. Po prostu oddychać.

W tym samym czasie, po drugiej stronie miasta, Piotr siedział w firmowej stołówce na przerwie obiadowej razem z Markiem. Wokół szumiały rozmowy, pachniało mielonymi z bemara, tanią zupą i lekko przypalonym pieczywem.

— Słyszałeś, że moja Ewa w zeszłym miesiącu zarobiła więcej ode mnie? — Marek odwinął kanapkę z papieru i z zadowoloną miną rozparł się na krześle. — Robi paznokcie u klientek w domu. Terminy ma zajęte na trzy tygodnie do przodu. I to z małym dzieckiem pod opieką.

— Serio? — Piotr uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony.

— Widziałem przelewy — Marek kiwnął głową i ugryzł kanapkę.

Piotr skinął głową, choć nagle zupełnie stracił apetyt. Wpatrywał się w talerz, przesuwając widelcem ziemniaki.

— A twoja Marta? — zapytał Marek tak lekko, jakby pytał o pogodę.

— Co moja Marta? — Piotr odsunął talerz. — Siedzi w domu. Dziecko śpi — ona śpi. Dziecko je — ona je. I tak wygląda cały jej grafik.

— To powiedz jej wprost. Po męsku — Marek wzruszył ramionami. — Ewa też na początku tylko narzekała: że zmęczona, że dziecko, że plecy bolą. Wytłumaczyłem jej prosto: chcesz, żeby cię szanowano, to zarabiaj. I zadziałało.

Piotr nie odpowiedział. Słowa Marka wbiły mu się jednak w głowę jak drzazga. Wracał do nich przez resztę dnia w pracy, potem jeszcze w tramwaju, stojąc między ludźmi i ściskając poręcz. Kiedy przekręcał klucz w zamku, w środku aż się w nim gotowało.

Marta była w kuchni. Kubuś raczkował po dywanie w pokoju, chwytając się nóżki kanapy i co chwilę tracąc równowagę. Ona kroiła warzywa na leczo, poruszając się szybko, odruchowo: jednym okiem pilnowała garnka, drugim zerkała w stronę drzwi, gdzie co moment pojawiała się jasna główka syna.

— Cześć — odwróciła się i uśmiechnęła zmęczonym, bladym uśmiechem. — Kolacja będzie za jakieś dwadzieścia minut.

— Usiądź — powiedział Piotr bez uśmiechu. Stał w progu tak sztywno, jakby tę rozmowę przećwiczył już w myślach kilkanaście razy.

— Co się stało? — Marta odłożyła nóż i wytarła ręce w ściereczkę.

— Stało się to, że ja sam ciągnę ten dom. Wstaję o szóstej, wracam prawie o dziewiętnastej. Ja zarabiam. A ty co robisz?

— Piotr, opiekuję się naszym synem. On ma rok. Jeszcze nawet porządnie nie chodzi.

— I co z tego? To znaczy, że możesz całymi dniami nic nie robić? U Marka Ewa z takim samym maluchem zarabia więcej niż on. Żona Tomka piecze torty na zamówienie. A ty? Czym ty się zajmujesz?

Marta powoli usiadła przy stole. Takie rozmowy zdarzały się już wcześniej. Zwykle kończyło się na jego burczeniu i jej milczeniu, bo nie miała siły udowadniać oczywistości. Ale tego wieczoru w jego głosie było coś twardszego. Coś, co nie przypominało zwykłego narzekania.

— Piotr, twoja pensja nam wystarcza. Nie głodujemy, nie mamy długów, nie żyjemy w biedzie. Wrócę do pracy, kiedy Kubuś trochę podrośnie.

— Trochę, czyli kiedy? Za pięć lat? Za dziesięć? Jak już na dobre przyrośniesz do kanapy?

— Mam trzydzieści jeden lat — głos Marty zadrżał, ale zaraz nad nim zapanowała. — Rok temu urodziłam dziecko. Miałam poważne komplikacje. Dopiero zaczynam dochodzić do siebie.

— Kobiety rodzą codziennie — rzucił Piotr, jakby cisnął w nią kamieniem. — I jakoś potem żyją. Tylko nie każda zasłania się tym latami.

— Naprawdę nazywasz nasze dziecko zasłoną?

— Nazywam rzeczy po imieniu. Rozleniwiłaś się, Marta. Wygodnie ci siedzieć mi na karku i udawać bohaterkę, bo przewijasz dziecko.

Marta patrzyła na niego bez ruchu. Nie płakała. Nie krzyczała. Po prostu zabrakło jej już sił, żeby tłumaczyć po raz setny, że dzień z rocznym dzieckiem nie jest odpoczynkiem. Że pranie, gotowanie, karmienie, kąpanie, noce bez snu i ból w ciele to też praca. Prawdziwa. Bez weekendów, urlopu i zwykłego „dziękuję”.

— Dobrze — powiedziała cicho.

— Co znaczy „dobrze”? — Piotr zmarszczył czoło.

— Dobrze. Pójdę do pracy. Jutro zacznę szukać.

Piotr przygotował się na kłótnię. Spodziewał się łez, pretensji, usprawiedliwień, może długiej wymiany zdań. A dostał jedno spokojne słowo. I z niewiadomego powodu nie poczuł zwycięstwa, tylko niepokój.

— No i świetnie — wycedził. — Najwyższy czas.