— Adam — powiedziałam równym głosem. — Właśnie wrzuciłeś mnie do basenu bez mojej zgody. Zniszczyłeś mój telefon. Kosztuje cztery tysiące złotych. Czekam na przelew do jutra.
Przestał się śmiać. Na ułamek sekundy. Potem znowu przykleił sobie uśmiech do twarzy.
— Gosia, no co ty. To był żart. Kupisz sobie nowy.
— Czekam na pieniądze do jutra — powtórzyłam. — W przeciwnym razie składam zawiadomienie na policję. To nie jest żart, Adam. To jest przemoc fizyczna.
Zapadła cisza. Nawet muzyka jakby ucichła.
Krzysiek stał obok. Też mokry — skoczył za mną, ale zdążyłam już sama wyjść.
— Jedziemy — powiedział. I pierwszy raz od siedmiu lat nie dodał swojego zwyczajowego „on nie chciał”.
W samochodzie siedziałam na ręczniku. Z fotela ściekała woda. Byłam mokra, wściekła i spokojna jednocześnie. Dziwne uczucie. Ta złość nie była gorąca. Była zimna. Przejrzysta. Jak mroźny poranek.
Adam pieniędzy nie przelał. Ani następnego dnia. Ani po trzech dniach. Ani po tygodniu. Za to napisał do Krzyśka: „Powiedz swojej, żeby nie robiła histerii. Żart to żart. I w ogóle niech się cieszy, że ją jeszcze znoszę na naszych spotkaniach”.
Krzysiek w milczeniu pokazał mi wiadomość. Przeczytałam. I coś we mnie przesunęło się ostatecznie. Nie pękło. Właśnie przesunęło. Jak dźwignia, która długo nie chciała wskoczyć na miejsce, aż w końcu zaskoczyła tak, jak powinna.
Tydzień później mieliśmy u nas kolację. Częściowo prywatną, częściowo biznesową. Zaprosiłam dwoje potencjalnych partnerów franczyzowych. Krzysiek — swoich kolegów. A Adam sam się wprosił. Zadzwonił do Krzyśka: „Słyszałem, że macie spotkanie. Wpadnę z Ewką”. Krzysiek zapytał mnie. Odpowiedziałam: niech przyjdzie.
Dwanaście osób przy długim stole. Nasz salon, ten sam co zawsze. Gotowałam dwa dni. Nie dla Adama. Wśród gości byli pan Nowacki i pani Zielińska — właściciele sieci kawiarni w Poznaniu, którzy rozważali moją franczyzę. Ta kolacja była ważna. Naprawdę ważna.
Adam pojawił się w swojej firmowej koszuli, przyniósł butelkę wina za sto dwadzieścia złotych i Ewę. Uściskał Krzyśka, skinął mi głową, usiadł przy stole. Przez pierwszą godzinę zachowywał się przyzwoicie: żartował, opowiadał o Turcji, chwalił jedzenie. Nawet pomyślałam, że może ta historia z basenem jednak czegoś go nauczyła.
Nie.
Kiedy przyszła pora na deser — podałam tartaletki z kremem malinowym, też robione ręcznie — Adam rozparł się na krześle. W ręce trzymał kieliszek czerwonego wina, spojrzenie miał już tłuste.
— A nasza Małgosia, proszę państwa, nie tylko świetnie gotuje, ale też świetnie je — powiedział, zwracając się do pana Nowackiego. — Krzychu, powiedz, ile ona potrafi wciągnąć na jedno posiedzenie?
Pan Nowacki uniósł brwi. Pani Zielińska odłożyła widelczyk.
Siedziałam na drugim końcu stołu. Przede mną leżała tartaletka. Krem malinowy. Gotowany przeze mnie rano. Cztery godziny w kuchni. Dwa dni przygotowań. Partnerzy franczyzowi. Mój dom. Mój stół. Moje jedzenie.
I ten człowiek — znowu.
W środku nagle zrobiło się bardzo cicho. To nie była furia. To była cisza. Ta sama, która przychodzi sekundę przed ostateczną decyzją.
Wstałam. Spokojnie. Wzięłam telefon — nowy, kupiony zamiast utopionego. Cztery tysiące złotych z mojej kieszeni, bo Adam niczego nie oddał.
— Iwona — powiedziałam do słuchawki. W salonie natychmiast ucichły rozmowy. — Tu Małgorzata. Tak, wiem, że jest wieczór. Posłuchaj, jutro rano przygotuj proszę wypowiedzenie wszystkich obowiązujących umów z „Fala Media”. Wszystkich kontraktów. Projekty graficzne, social media, akcje sezonowe — wszystko. Powód: niezadowalająca jakość komunikacji. Tak, dla wszystkich pięciu punktów. Tak, jestem pewna. Nowego wykonawcę znajdziemy w ciągu tygodnia. Dziękuję.
Położyłam telefon na stole. I spojrzałam na Adama.
Jeszcze nie rozumiał. Jeszcze nie. Patrzył na mnie tym wzrokiem, jakim patrzy się na człowieka, który nagle zaczyna mówić w obcym języku.
— Małgosia — powiedział — co ty wyprawiasz?
— Adam — odpowiedziałam — „Cukiernik Plus” to moja firma. „Słodki Kącik” to moja sieć. Pięć cukierni. Trzydzieści dwa etaty. Przez sześć lat twoja agencja żyła z moich zleceń. Dwieście czterdzieści tysięcy złotych rocznie. Prawie połowa twojego obrotu. Sprawdzałam.
Widziałam, jak zmienia się jego twarz. Po kolei. Najpierw niezrozumienie. Potem gorączkowe liczenie. Potem świadomość. I w końcu strach.
— Poczekaj — odstawił kieliszek, a wino chlapnęło na obrus. — „Cukiernik Plus” to ty? Iwona jest od ciebie?
Pan Nowacki siedział nieruchomo. Pani Zielińska patrzyła na Adama takim wzrokiem, który znałam aż za dobrze. Tak patrzy się na robaka, którego nagle znajduje się na talerzu.
— Małgosia, no zaczekaj — Adam zerwał się z miejsca. Ręce mu drżały. Przez te wszystkie lata pierwszy raz zobaczyłam, że drżą mu ręce. — To jest praca. Nie mieszajmy w to spraw prywatnych. My z Krzyśkiem jesteśmy przyjaciółmi. Ja po prostu nie wiedziałem. Naprawdę nie wiedziałem!
— Nie wiedziałeś, że „Cukiernik Plus” to ja — skinęłam głową. — Ale doskonale wiedziałeś, że jestem człowiekiem. I to cię w ogóle nie obchodziło.
