Kolega mojego męża wrzasnął przy wszystkich: „Gruba idiotka!” — a ja przez siedem lat milczałam, aż w końcu odebrałam mu coś znacznie cenniejszego niż moje milczenie

Ewa siedziała bez ruchu, ze spuszczonym wzrokiem. Jak zawsze.

Krzysiek patrzył na mnie. I mnie nie powstrzymywał. Pierwszy raz od ośmiu lat — nie powstrzymywał.

— Małgosia — Adam zrobił krok w moją stronę — porozmawiajmy. Nie tutaj. Na osobności. Ja…

— Nie — powiedziałam. — Przez siedem lat upokarzałeś mnie przy wszystkich. Teraz ja odpowiadam ci przy wszystkich. Umowy są zerwane. To moja ostateczna decyzja.

Usiadłam z powrotem. Wzięłam tartaletkę. Ugryzłam. Krem malinowy był bezbłędny — wanilia, lekka kwasowość owoców, idealnie wyważony smak. Byłam z siebie zadowolona.

Adam stał pośrodku mojego salonu, obok obrusu, na który rozlało się wino, z twarzą, jakiej jeszcze nigdy u niego nie widziałam. Potem odwrócił się i wyszedł. Ewa wstała i poszła za nim. Drzwi wejściowe trzasnęły.

Przy stole zrobiło się cicho. Dopilam wodę.

Pan Nowacki odchrząknął.

— Pani Małgorzato — powiedział — ta franczyza naprawdę wygląda bardzo interesująco.

Uśmiechnęłam się. Szczerze. Pierwszy raz tego wieczoru.

Kiedy goście się rozeszli, razem z Krzyśkiem sprzątaliśmy ze stołu. Milczał. Potem w końcu powiedział:

— Rozumiesz, że teraz będzie do mnie dzwonił codziennie?

— Rozumiem.

— I co ja mam mu mówić?

— Prawdę. Że przyszedł do mojego domu i obraził gospodynię.

Krzysiek wstawił talerz do zlewu. Spojrzał na mnie.

— Powinienem był zatrzymać go dawno temu.

Nie odpowiedziałam. Bo tak. Powinien był. Ale tego nie zrobił. I to też jest część całej tej historii.

Minęły dwa miesiące. Adam stracił moje kontrakty. Dwieście czterdzieści tysięcy złotych rocznie to poważna dziura. Musiał zwolnić trzech pracowników. Potem przeniósł się do mniejszego biura. Opowiedział mi o tym Krzysiek — nadal jeździł do niego raz na dwa tygodnie.

Podobno Adam teraz opowiada wszystkim, że jestem „pamiętliwa” i „sprytnie wykorzystałam moment”. Że „pomieszałam biznes z prywatą”. Że „normalni przedsiębiorcy tak się nie zachowują”.

Może i tak. A może normalni przedsiębiorcy nie wrzucają swojej klientki do basenu.

Krzysiek wciąż czasem jeździ do Adama sam. Nie zabraniam mu. To jego przyjaciel. Ale przy naszym stole Adam już nigdy nie usiadł. A ja mam spokój. Pierwszy raz od siedmiu lat — prawdziwy spokój.

Tylko jedno pytanie do dziś nie daje mi całkiem odetchnąć.

Czy przesadziłam, zrywając kontrakty przy jego partnerach? Czy może sam szedł do tego przez wszystkie te lata — przez sześćdziesiąt spotkań, przez „grubą idiotkę”, przez basen? A wy co zrobilibyście na moim miejscu?