Tamtej nocy Jan zaczął układać plan. Tymczasem król przygotowywał rozwiązanie jeszcze okrutniejsze. Postanowił wydać Zofię za starego, potężnego księcia, człowieka bogatego, wpływowego i równie zimnego jak kamień w zamkowych fundamentach.
Kiedy Zofia się o tym dowiedziała, nie krzyczała. Stanęła przed lustrem, w którym tyle razy widziała tylko cudzy wstyd, i głęboko odetchnęła.
— A więc nadeszła pora — wyszeptała.
Tej samej nocy, gdy możni goście pili za zdrowie przyszłego pana młodego, Zofia włożyła starą suknię służącej i wymknęła się z komnaty. Biegła korytarzami, które znała od dzieciństwa, ale dopiero teraz wydawały jej się drogą do własnego życia. Zeszła do kuchni, odnalazła ukryte schody, a potem przez wilgotne, wąskie przejście dotarła do lochów. Wreszcie zobaczyła Jana.
— Przyszłaś? — wyszeptał z niedowierzaniem.
Rzuciła się do niego. Objęli się mocno, rozpaczliwie, jak ludzie, którym odebrano już wszystko oprócz siebie.
— Chcą mnie wydać za mąż — powiedziała, łapiąc oddech. — Za starego nikczemnika. Ale ja na to nie pozwolę.
Jan dotknął jej twarzy z taką ostrożnością, jakby była światłem.
— Nie należysz do nikogo — powiedział. — Należysz do siebie. A jeśli trzeba będzie uciekać, ucieknę z tobą.
Z pomocą tej samej służącej wydostali się przez tunele prowadzące ku ogrodowi. Księżyc oświetlał mokre ścieżki, a drzewa poruszały się nad nimi jak milczący strażnicy. Po raz pierwszy szli obok siebie nie jako kara i skazaniec, lecz jako dwoje ludzi, którzy wybrali siebie.
Nie trwało to długo. Przy pałacowej bramie dostrzegli ich żołnierze. Rozległ się krzyk, potem metaliczny dźwięk alarmu. W oknach zapłonęły światła.
— Sprowadzić mi córkę, a niewolnika zabić! — zawył król.
Rozpoczęła się pogoń.
Uciekali przez pola, mokre łąki i wąskie leśne ścieżki, które znała tylko służba i zbieracze chrustu. Czas był przeciwko nim. Oddech palił w płucach, gałęzie szarpały ubrania, ziemia osuwała się spod stóp. A mimo to, nawet bliscy omdlenia, śmiali się, bo w tej jednej chwili byli wolni.
— Jeśli mamy umrzeć, niech stanie się to razem — wyszeptała Zofia.
— Nie umrzemy — odpowiedział Jan. — Będziemy żyć.
Słońce ledwie podniosło się nad lasem, gdy z oddali dobiegł ich tętent końskich kopyt. Ale Zofia i Jan byli już daleko. Spali pod drzewami, pili wodę ze strumieni, jedli korzonki, leśne owoce i wszystko, co udało im się znaleźć. Gdy jej stopy zaczynały krwawić, Jan brał ją na ręce i niósł, nie wypominając ciężaru ani jednego razu. A Zofia, która przez całe życie znała aksamitne sale i srebrne misy, zanurzała teraz dłonie w rzekach, myła twarz zimną wodą i patrzyła na swoje odbicie.
— Jestem wolna — powiedziała pewnego ranka, gdy tafla rzeki drżała pod światłem. — I jestem piękna. Po raz pierwszy naprawdę czuję się piękna.
Czwartego dnia ucieczki przeszli przez małą wieś. Starali się nie zwracać na siebie uwagi, lecz jeden z gospodarzy zauważył królewski znak na szyi Zofii. Za garść monet pobiegł do najbliższego posterunku i przekazał wieść żołnierzom. O świcie otoczono ich na skraju zagajnika.
— W imieniu króla, poddajcie się! — krzyknął dowódca.
Jan stanął przed Zofią bez broni, z prostymi plecami i twarzą spokojniejszą, niż pozwalała sytuacja.
— Jeżeli chcecie ją zabrać, najpierw przejdźcie przeze mnie.
Żołnierze roześmiali się głośno. Lecz zanim którykolwiek ruszył, Zofia wystąpiła zza jego ramienia.
— Stójcie! — zawołała. — Jestem córką króla i żądam, żebyście mnie wysłuchali!
Mężczyźni zamarli. Tym razem nie mówiła jak przestraszona dziewczyna z sali tronowej. Mówiła głosem kogoś, kto odnalazł własną godność.
— Nie jestem tutaj dlatego, że mnie porwano — powiedziała. — Jestem tu, ponieważ sama tak wybrałam. Jestem wolna, a wy nie macie prawa wybierać za mnie życia.
Dowódca cofnął się o pół kroku. Jana pochwycono i związano, lecz nikt go nie zranił. Zofię odprowadzono do pałacu.
Tydzień później całe królestwo wezwano na nową ceremonię. Król, blady z furii, zamierzał przywrócić to, co nazywał honorem. Miał ogłosić małżeństwo Zofii ze starym księciem, a potem publicznie zgładzić niewolnika, który ośmielił się pokochać córkę władcy.

Zofia miała jednak własny plan. Kiedy wprowadzono ją do sali tronowej, nie wyglądała jak więźniarka. Weszła jak burza. Miała na sobie prostą suknię, włosy opadały swobodnie na ramiona, lecz szła pewnie, prosto, bez opuszczania głowy. Obok niej stał Jan, w kajdanach, ale nie złamany.
Król podniósł się z tronu, lecz Zofia była szybsza.
— Zanim cokolwiek powiesz, ojcze, chcę przemówić do ludzi.
Sala zamilkła.
— Oddano mnie temu mężczyźnie jako karę — zaczęła. — Upokorzono mnie, ukryto i próbowano sprawić, bym uwierzyła, że jestem hańbą. Ale w najciemniejszym miejscu tego zamku znalazłam coś, czego nigdy nie było w tych złotych komnatach. Miłość. Prawdziwą, czystą i uczciwą.
Magnaci zmarszczyli brwi. Król poczerwieniał, jakby słowa córki paliły go bardziej niż ogień.