Krystyna opowiadała:
— Zmieniłam Zosi firanki, widzisz, jak od razu lepiej? Bo wcześniej wszystko miała takie ciemne.
Halina powiedziała:
— Rzeczywiście, zrobiło się świeżej.
Uśmiechnęłam się.
A co innego miałam zrobić?
Kiedy Halina wyszła, zapytałam:
— Krysiu, dlaczego powiedziałaś „do nas”?
Ona nawet od razu nie zrozumiała, o co mi chodzi.
— A jak miałam powiedzieć?
— Do mnie.
Popatrzyła na mnie.
— Zosiu, nie czepiaj się słówek. Przecież teraz tu mieszkam.
— Tymczasowo.
Krystyna zamilkła.
Po chwili powiedziała cicho:
— A, więc tak.
I znowu to ja stałam się winna.
Bo przypomniałam komuś, że jest tutaj gościem.
Chociaż właśnie tak było.
Dni mijały.
Marek raz dzwonił, raz znikał. Raz pisał wściekłe wiadomości, raz prosił, żeby porozmawiali. Krystyna raz powtarzała, że nigdy do niego nie wróci, a raz płakała, że nie wyobraża sobie samotnego życia. Żal mi jej było, ale coraz częściej łapałam się na jednej myśli: a jak mam teraz żyć ja?
Stała obecność drugiego człowieka zaczęła mnie męczyć.
Budzę się rano, a Krystyna już w kuchni. Czajnik włączony, radio gra, okno otwarte, chociaż mnie jest zimno.
Wracam do domu, a w pokoju głośno chodzi telewizor, na kanapie jej koc, na stoliku jej kremy, filiżanka, gazety, tabletki.
Chcę wieczorem posiedzieć w ciszy, a ona mówi:
— Zosiu, włącz chociaż coś, bo siedzisz jak w grobowcu.
Chcę położyć się wcześniej, a ona zagląda do mnie:
— Mogę ci powiedzieć, co Marek znowu napisał?
I mówi przez godzinę.
Zaczęłam zamykać się w łazience. Nie po to, żeby się umyć. Po prostu żeby przez pięć minut pobyć sama.
We własnym mieszkaniu.
Pewnego dnia powiedziała:
— Myślałam sobie, że trzeba ci przestawić kanapę.
— Krysiu, nie trzeba.
— Dlaczego? Ona stoi bez sensu, zasłania okno. Jak ją obrócić, będzie więcej miejsca.
— Mnie tak pasuje.
— Zosiu, ty ciągle mówisz „mnie pasuje”, a tak naprawdę żyjesz przeszłością.
Odpowiedziałam bardzo spokojnie:
— Krysiu, ja właśnie jestem człowiekiem z własnej przeszłości. I czasem jest mi w niej dobrze.
Prychnęła.
— Ojej, no i zaczyna się.
Ostatnią kroplą była niedziela rano.
Obudziłam się, wyszłam do kuchni i zobaczyłam, że Krystyna myje górne szafki. Wszystkie słoiki wyjęte, kasze stoją na stole, filiżanki leżą na parapecie. Na podłodze wiadro. Na krześle moje stare serwetki, obok worek na śmieci.
— Krysiu, co ty robisz?
— Generalne porządki.
— Po co?
— Zosiu, przecież tu jest kurz. Ja tak nie mogę.
— A ja mogę.
Odwróciła się do mnie.
— No właśnie dlatego masz wszystko zapuszczone.
Stałam w drzwiach w szlafroku, z potarganymi włosami, i nagle przestało mnie to nawet boleć. Wszystko stało się jasne.
Koniec.
To już nie była pomoc.
Nie tymczasowe mieszkanie.
Nie wsparcie dla przyjaciółki.
To było przejmowanie terenu.
Ciche, domowe, z mokrą ścierką w ręku.
Powiedziałam:
— Odłóż te serwetki na miejsce.
— Zosiu, one są stare.
— Odłóż je na miejsce.
Spojrzała na mnie zdumiona.
— Co się z tobą dzieje?
— Nie chcę, żebyś wyrzucała moje rzeczy.
— Matko, to tylko serwetki.
— To moje serwetki.
Rzuciła je na stół.
— No tak. Ja się staram, a ty robisz awanturę o jakieś szmatki.
— Nie o szmatki.
— To o co?
Po raz pierwszy nie połknęłam słów.
— O to, że zachowujesz się tak, jakby to było już twoje mieszkanie.
Krystyna wyprostowała się.
Dopiero wtedy naprawdę usłyszała.
— Co?
— Przestawiasz moje rzeczy. Wyrzucasz moje zioła. Kupujesz firanki. Zapraszasz gości „do nas”. Tłumaczysz mi, jak będzie lepiej. A mnie pytasz dopiero wtedy, kiedy wszystko jest już zrobione.
Zbladła.
— Myślałam, że tobie samej i tak jest nudno.
No właśnie.
To było zdanie, po którym we mnie zrobiło się zupełnie cicho.
Tobie samej i tak jest nudno.
Czyli moja samotność nie była dla niej moim życiem. Była pustym miejscem. Przestrzenią, którą można wypełnić sobą, swoimi firankami, swoimi słoikami, swoimi przyzwyczajeniami i swoim głosem.
Powiedziałam:
— Krysiu, mnie samej czasem bywa nudno. Ale to nie znaczy, że mój dom jest pusty.
Milczała.
— Bywam samotna. Ale to nie daje nikomu prawa, żeby bez pytania zmieniać moje życie.
— Ja chciałam dobrze.
— Dla kogo?
— Dla nas.
— W moim mieszkaniu nie ma żadnego „nas”, jeśli ja sama tego nie wybrałam.
Usiadła na krześle.
— Ja nie mam dokąd pójść.
To zdanie nacisnęło we mnie inny przycisk.
Litość.
Starą, kobiecą, prawie automatyczną.
Patrzyłam na nią i czułam, jak we mnie znowu podnosi się to znane: wytrzymaj, jej jest ciężko, ona przecież nie robi tego ze złości, dokąd teraz pójdzie.
Ale potem zobaczyłam zdjęte firanki, wyrzucone zioła, obcą tkaninę na moim oknie i zrozumiałam: jeśli teraz znów zamilknę, za miesiąc będę pytać o pozwolenie, czy mogę otworzyć własną szafkę.
Usiadłam naprzeciwko niej.
— Krysiu, nie wyrzucam cię dzisiaj. Ale musisz zdecydować, co robisz dalej. Masz tydzień.
Patrzyła na mnie tak, jakbym ją zdradziła.
— Tydzień?
— Tak.
— A potem?
— Potem wracasz do domu, jedziesz do córki, wynajmujesz pokój, godzisz się z Markiem albo się rozwodzisz. Nie wiem. Ale dłużej u mnie mieszkać nie możesz.
Rozpłakała się.
— Myślałam, że jesteś moją przyjaciółką.