Ewa ciężko wypuściła powietrze. — Ty głupi, poczciwy człowieku — mruknęła, zła i czuła jednocześnie. — Dobrze. Wierzę ci. Ale jeśli ona spróbuje jeszcze raz, wejdę do tego biura i zrobię przedstawienie, którego nikt tam nie zapomni.
Marek skinął głową w ciemności. Następnego dnia poprosił Katarzynę do sali konferencyjnej. Weszła pewnym krokiem, jakby już wygrała.
— Katarzyno, przekroczyłaś granicę — powiedział, zmuszając się do spokoju.
— Och, przestań — zamruczała i wyciągnęła rękę ku jego twarzy. — Ona nie jest dla ciebie. Zaufaj mi.
Cofnął się. Jej dłoń zawisła w powietrzu.
— Co ty sugerujesz?
— Że twoje doskonałe życie to kłamstwo — syknęła słodko. — Z zewnątrz rodzina jak marzenie. Ale twój syn… on nawet nie jest twój.
Marek poczuł chłód. Patrzył na jej triumfującą twarz i ostatnie resztki współczucia zniknęły.
— Mogę to udowodnić. — Rzuciła kartkę na stół. — Ojcostwo: zero procent. Dobrze mieć kontakty, prawda? Teraz mi wierzysz?
Marek podniósł wzrok. Gniew stężał w nim w lodowatą jasność.
— Zniosłem to, że uganiałaś się za mną. Ale moje dzieci? Jakub nie jest moim synem z krwi. To sprawa moja i Ewy. Jego rodzice, siostra Ewy i jej mąż, zginęli. Teraz jest nasz. Zadowolona? Nasyciłaś się?
Katarzyna pobladła. — Nie wiedziałam…
— Nie obchodzi mnie, skąd to masz — powiedział martwo spokojnym głosem. — Do wieczora składasz wypowiedzenie albo idę na policję. A jeśli kiedykolwiek zbliżysz się do moich dzieci… — urwał. — Będziesz żałowała, że to tylko policja.
Katarzyna odeszła z pracy tego samego dnia. Marek wrócił do domu wcześniej i przytulił Jakuba oraz Zosię mocniej niż zwykle, wdychając zapach ich włosów po dziecięcym szamponie.
Tego wieczoru usiadł naprzeciwko Ewy.
— Powiemy mu — odezwał się cicho. — Zasługuje na prawdę od nas, nie od obcej osoby.
Oczy Ewy zaszkliły się nie żalem, lecz ulgą. — Boję się.
— Ja też. Ale zrobimy to razem.
Tydzień później, po cieście, Marek uklęknął przed Jakubem.
— Pamiętasz, jak mówimy, że rodzina jest najważniejsza? Twoja jest jeszcze bardziej wyjątkowa. Nie jestem twoim tatą od urodzenia. Byli nimi ciocia Marta i wujek Paweł. Nie ma ich już z nami, ale mama i ja wybraliśmy ciebie. Miłość sprawiła, że jesteś nasz.
Jakub chwilę pomyślał, po czym objął ich oboje. — Mogę dostać jeszcze ciasta?
Burza minęła. W okruszkach i cichej rozmowie nie było miejsca ani dla Katarzyny, ani dla jej gier. Wszystko wróciło tam, gdzie od początku należało.
