— W takim razie musimy jechać natychmiast.
W tej chwili ktoś znowu huknął w drzwi.
Deski zatrzeszczały.
— Nie mamy czasu — wyszeptała Anna.
Jan szybko zgasił resztki światła. Dom pogrążył się w ciemności.
— Przez stodołę — powiedział cicho.
Ostrożnie wyszli tylnymi drzwiami. Zimny deszcz od razu uderzył ich w twarze. Wiatr wył tak mocno, że prawie zagłuszał kroki.
Na podwórku panował mrok. Tylko przy furtce migały sylwetki mężczyzn.
Jan prowadził kobiety przez ogród, starając się nie narobić hałasu. Błoto kleiło się do butów, mokre gałęzie smagały ich po twarzach. Marta ledwie trzymała się na nogach.
Ale nagle niemowlę zapłakało.
Głośno.
Przejmująco.
Z podwórka natychmiast dobiegł krzyk:
— Są z tyłu! Łapać ich!
Rozpoczął się pościg.
Jan złapał Martę za rękę i pobiegli przez pole w stronę lasu. Za plecami słyszeli wrzaski, szczekanie psów i ryk silników.
Niespodziewanie Anna się zatrzymała.
— Nie… ja ich zatrzymam.
Marta obejrzała się z przerażeniem.
— Co ty mówisz?!
— Inaczej dogonią nas wszystkich.
Jan chwycił ją za ramię.
— Nawet o tym nie myśl!
Ale Anna nagle się uśmiechnęła. Po raz pierwszy tej strasznej nocy.
— Przez trzy lata żyłam jak martwa. A on musi żyć normalnie.
Delikatnie dotknęła twarzy syna.
A potem gwałtownie pobiegła w drugą stronę — ku staremu mostowi nad rzeką.
Rozległy się krzyki mężczyzn.
Kilku rzuciło się za nią.
Po minucie ciemność przeciął straszny dźwięk uderzenia metalu, potem pisk hamulców.
A później wszystko ucichło.
Marta krzyknęła z rozpaczy.
Ale Jan pociągnął ją dalej.
Do domu byłego śledczego dotarli dopiero nad ranem. Henryk Zieliński wysłuchał ich w milczeniu, a potem natychmiast skontaktował się ze swoimi dawnymi znajomymi z województwa.
Dwa dni później zaczęły się zatrzymania.
Na jaw wyszła przerażająca prawda: sieć handlu dziećmi naprawdę działała przez długie lata. W sprawę byli zamieszani lekarze, urzędnicy i byli funkcjonariusze policji.
Grzegorza zatrzymano podczas próby ucieczki.
Ciało Anny znaleziono przy moście.
Ocaliła syna, płacąc za to własnym życiem.
Minęło pięć lat.
Mały Kacper mówił do Marty „mamo”, a do Jana „tato”. Nigdy nie powiedzieli mu całej prawdy.
Tylko czasem, wieczorami, Marta wyjmowała stare zdjęcie siostry i szeptała cicho:
— Nie wróciłaś wtedy na darmo, Aniu…
A za oknem szumiał wiatr, jakby ktoś niewidzialny wciąż pilnował ich domu.
