Przez pięć długich dni Michał żył w swoim własnym domu jak cień. Wstawał o piątej rano i wychodził do pracy, a wracał dopiero po dziesiątej wieczorem, chwytając się każdego służbowego pretekstu, byle tylko nie spojrzeć jej prosto w oczy.
Katarzyna wyczuwała tę przepaść. Pytała, czy jest zmęczony, czy coś się stało, czy potrzebuje odpoczynku. On odpowiadał krótko, niemal bezbarwnie, połykając truciznę, która coraz bardziej zalewała mu gardło.
W niedzielę czekała ich kolejna próba: rodzinny grill u jego teściowej, pani Barbary, na południu Warszawy. Cała rodzina zebrała się w ogrodzie przy ruszcie, świętując narodziny chłopca piwem, muzyką i rozmowami przekrzykiwanymi przez śmiech. Dla wszystkich był to radosny dzień. Michał miał wrażenie, że idzie na własną egzekucję.
Pani Barbara, dumna i wzruszona, kołysała wnuka na rękach. W pewnej chwili powiedziała zdanie, po którym Michał zastygł:
— Ach, mój śliczny chłopczyk. Jaki on jaśniutki, prawda? I te jasne włoski… Po kim ty to masz, maleńki? Przecież Kasia i Michał oboje są raczej ciemni. No, ale najważniejsze, że zdrowy.
Cisza przy stole trwała tylko dwie sekundy, zanim wujkowie zaczęli żartować z listonosza. Dla Michała te dwie sekundy rozciągnęły się jednak w wieczność publicznego upokorzenia.
Katarzyna uśmiechnęła się nerwowo i odpowiedziała:
— Mamo, pewnie po dziadkach od strony taty. Wiesz przecież, że genetyka potrafi płatać figle.
Ten spokój, który w tamtej chwili wydał mu się cynizmem, był iskrą rzuconą na proch.
Michał poczuł, jak gniew pali go od środka. Chciał przewrócić grill, roztrzaskać butelki i krzyknąć tym wszystkim roześmianym krewnym, że w dziecku nie ma ani kropli jego krwi. Zamiast tego zacisnął zęby tak mocno, że zabolały go szczęki, i przełknął ból jak gorzki alkohol.
Udawanie ślepego stało się nie do zniesienia.
Ta bomba musiała w końcu wybuchnąć.
We wtorkowy wieczór w mieszkaniu panowała martwa cisza. Katarzyna siedziała na kanapie i składała czyste ubranka dziecka z takim spokojem, że Michałowi ścisnął się żołądek. Wyglądała jak troskliwa żona i oddana matka, jak kobieta całkowicie zanurzona w domu — w jego oczach nagle idealne wcielenie obłudy.
— Katarzyna — odezwał się z korytarza.
Jego głos był tak twardy i głuchy, że drgnęła.
— Musimy porozmawiać. Nie zniosę ani minuty dłużej tej farsy.
Jej dłonie zamarły nad maleńkim pajacykiem. Odłożyła go powoli na stolik i spojrzała mu w twarz. Natychmiast dostrzegła w jego oczach coś, czego wcześniej nigdy tam nie widziała — nie tylko ból, lecz także płonącą wściekłość.
— Co się stało, kochanie? — zapytała cicho. — Przerażasz mnie. Jesteś blady jak ściana.
Michał zrobił dwa kroki w jej stronę. Pięści zacisnął tak mocno, że zbielały mu knykcie.
— Trzy lata temu zrobiłem wazektomię.
Ubranko, które Katarzyna trzymała jeszcze w palcach, zsunęło się na podłogę. Krew odpłynęła jej z twarzy w ułamku sekundy. Oczy rozszerzyły się z niedowierzania.
— Co… co ty powiedziałeś? — wyszeptała, jakby usłyszała zdanie w obcym języku.
— Dobrze słyszałaś! — krzyknął Michał, czując, jak tama w nim pęka. — Nie mogłem już patrzeć, jak rozpadasz się po trzech poronieniach. Poszedłem do kliniki, zapłaciłem gotówką i zrobiłem zabieg. Nigdy ci nie powiedziałem, bo nie chciałem zabić tej resztki nadziei, która jeszcze w tobie była. Ale to znaczy, Katarzyna, że to przeklęte dziecko… nie może być moje.
Katarzyna poderwała się z kanapy. Drżała tak mocno, jakby nagle zabrakło jej kości.
— Michał… to niemożliwe… Nie, to jakiś koszmar, to nie może być prawda…
— Zrobiłem test DNA dziecka — przerwał jej ostro, wyciągając telefon z kieszeni i rzucając go na kanapę. — Kilka tygodni temu zabrałem jego smoczek i wysłałem do prywatnego laboratorium. Zero procent, Katarzyna. 0,00%! Spójrz mi w oczy i powiedz, co ty mi zrobiłaś. Powiedz, z kim spałaś!
Wyglądało tak, jakby ktoś wyrwał Katarzynie powietrze z płuc. Z jej gardła wydobył się krzyk tak przejmujący, że Michał na moment sam się cofnął. Łzy popłynęły po jej twarzy natychmiast, gwałtownie, bez żadnej kontroli.
Ale to nie była reakcja kobiety przyłapanej na romansie.
To był ból człowieka, którego właśnie przebił ktoś najbliższy.
— Nigdy cię nie zdradziłam, ty podły człowieku! — krzyknęła z całych sił, uderzając dłonią we własną pierś. — Przysięgam na życie mojego syna i na pamięć mojego ojca! Musiałeś oszaleć, jeśli naprawdę wierzysz, że mogłabym zrobić ci coś takiego!
— To wyjaśnij mi, jakim cudem mogłaś urodzić dziecko, skoro od trzech cholernych lat nie mam plemników! — wrzasnął Michał i nagle osunął się na kolana, złamany bardziej rozpaczą niż gniewem.
Katarzyna zakryła twarz dłońmi i rozpłakała się tak mocno, że ledwo utrzymała się na nogach. Po chwili wzięła głęboki, poszarpany oddech, uklękła przed nim i obiema rękami zmusiła go, by spojrzał jej w oczy.
— Pamiętasz klinikę leczenia niepłodności na Żoliborzu? — zapytała przez łzy. — Nasz ostatni cykl in vitro, ten, który zabrał wszystkie nasze oszczędności cztery lata temu?
Oczywiście, że pamiętał. To był jeden z najciemniejszych okresów ich życia.