Milczała. Nie chciała tego przyznać, ale nie kłamał.
„Proponuję tak” — ciągnął. „Znajdziemy jej porządne mieszkanie. Ładne, z windą. Zatrudnimy opiekunkę do posiłków i sprzątania. Załatwimy przycisk alarmowy, gdyby potrzebowała pomocy. Będziesz ją odwiedzać, kiedy zechcesz. Ale będzie mieszkała osobno.”
„A jeśli jej się pogorszy?”
„Wtedy zdecydujemy od nowa. Może dom opieki z personelem medycznym. Ale dopiero wtedy, kiedy naprawdę nie będzie innej możliwości.”
Katarzyna patrzyła na niego uważnie. Był zmęczony, blady, ale stanowczy. Przez trzy lata znosił pogardę jej matki, bo kochał ją, Katarzynę.

„Zgadzam się” — powiedziała w końcu cicho. „Ale nigdy więcej decyzji za moimi plecami.”
Tomasz uśmiechnął się. Po raz pierwszy od bardzo dawna był to prawdziwy uśmiech.
„Obiecuję.”
Jedli w milczeniu, ale tym razem cisza nie raniła. Była spokojna, prawie dobra. Jakby coś, co przez lata przesunęło się z miejsca, nagle wróciło na właściwe tory.
Później Katarzyna zadzwoniła do matki i opowiedziała jej o planie. Ku jej zdziwieniu, mama zgodziła się niemal natychmiast, stawiając tylko jeden warunek.
„Ja wybieram mieszkanie. I opiekunkę. Żadnych przypadkowych kobiet.”
„Oczywiście, mamo.”
Tego wieczoru Katarzyna i Tomasz usiedli razem na kanapie i włączyli stary film, który kiedyś oglądali bez końca. Jego ręka objęła ją ramieniem, jej głowa spoczęła na jego piersi. Proste. Znajome. Prawie zapomniane.

„Bałem się, że cię stracę” — przyznał. „Że wybierzesz ją, nie mnie.”
Katarzyna uniosła głowę.
„A ja bałam się, że któregoś dnia wrócę do domu i ciebie już tu nie będzie.”
„Nigdy” — wyszeptał, przyciągając ją bliżej.
Później, kiedy zasypiała, wróciły do niej słowa Tomasza z poprzedniej nocy: „Twoja mama już tutaj nie mieszka”. Wtedy brzmiały jak koniec wszystkiego.
Teraz zaczęła się zastanawiać, czy może były początkiem. Szansą dla nich wszystkich, by kochać bez duszenia, troszczyć się bez zawłaszczania, być blisko, a jednak pozwolić sobie oddychać.
Po raz pierwszy od lat nie śniło jej się nic ciężkiego. Tylko morze, piasek i słońce, które wschodziło nad horyzontem — nie zachodziło.