Przeczytał dokument raz, potem drugi, po czym odrzucił kartki tak gwałtownie, że rozleciały się po wielkim gabinecie z czarnego drewna.
— Kim oni są? — jego głos zadźwięczał w telefonie ostro jak metal. — Skąd się wzięli?
Ochrona się miotała, prawnicy nie spali całą noc. Odpowiedź okazała się prosta: niewielki, ale agresywny fundusz inwestycyjny z doskonałą reputacją, kierowany przez Katarzynę Wiśniewską.
To nazwisko nic mu nie powiedziało.
Na zarządzie wybuchła panika. Zaproponowana cena była upokarzająco niska, lecz realna. Innych ofert nie było. Banki odmawiały kredytów, partnerzy się wycofywali.
— To wrogie przejęcie! — krzyczał siwiejący zastępca Kowalskiego. — Musimy walczyć!
Marek uniósł dłoń i sala ucichła.
— Spotkam się z nią osobiście. Zobaczymy, co to za ptak.
Negocjacje wyznaczono w neutralnej sali na najwyższym piętrze banku, za ścianami ze szkła.
Kasia weszła dokładnie o umówionej godzinie. Ani sekundę za wcześnie, ani sekundę za późno. Spokojna, skupiona, w surowym garniturze ze spodniami. Obok niej zasiedli dwaj prawnicy, nieruchomi i chłodni jak maszyny.
Marek Kowalski siedział już przy stole. Spodziewał się bizneswoman, bezczelnego młokosa albo podstawionej twarzy. Ale nie jej.
Młoda, piękna, z dziwnie znajomymi oczami. Ten sam szary, ojcowski odcień.
— Panie Marku — powiedziała, wyciągając rękę. Uścisk miała pewny i twardy. — Katarzyna Wiśniewska.
Próbował przebić jej opanowanie, ale nie zadrżała.
— Odważna oferta, pani Katarzyno — zaakcentował jej imię, próbując ustawić ją na miejscu. — Na co pani liczy?
— Na pańską trzeźwość oceny — odpowiedziała głosem tak równym, jak jego głos tamtego dnia w szpitalu.
— Rozumie pan, że sytuacja spółki jest krytyczna. Nie oferujemy najwyższej ceny, ale oferujemy ją teraz. Za miesiąc nie będzie już tej możliwości.
Położyła na stole tablet. Liczby, wykresy, prognozy — suche fakty. Każda liczba była ciosem, każdy wykres gwoździem do trumny jego imperium.
— Skąd ma pani te dane? — w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiało wahanie.
— Źródła są częścią mojej pracy — uśmiechnęła się. — Pański system bezpieczeństwa, jak wiele rzeczy w pańskiej firmie, jest przestarzały. Zbudował pan fortecę, ale zapomniał wymienić zamki.
Próbował naciskać. Wspominał kontakty, straszył zapleczem, żądał nazwisk inwestorów. Ona odpierała każdy atak zimną, spokojną pewnością.
— Pańskie kontakty są teraz zajęte tym, żeby nie stać zbyt blisko pana. A zasób, który działa przeciwko panu, już został uruchomiony. Nazywa się rynek. Nazwiska moich inwestorów pozna pan, kiedy podpisze dokumenty.
To była całkowita klęska. Marek Kowalski, który przez ćwierć wieku budował imperium, siedział naprzeciw dziewczyny rozbierającej jego dzieło na części.
Wieczorem zadzwonił do szefa bezpieczeństwa.
— Chcę wiedzieć o niej wszystko. Gdzie się urodziła, gdzie studiowała, z kim jest. Odwróćcie jej życie do góry nogami. Mam wiedzieć, kto za nią stoi.
Szef ochrony przyszedł blady i położył cienką teczkę.
Kowalski chwycił ją niecierpliwie.
Katarzyna Wiśniewska. Data urodzenia: 12 kwietnia. Miejsce urodzenia: Szpital Praski. Matka: Anna Wiśniewska.
Na dole leżała kopia aktu urodzenia. W rubryce „ojciec” widniała kreska.
Marek wpatrywał się w datę. 12 kwietnia. Pamiętał ten dzień: deszcz, szarą ulicę za oknem. Słowa, które wtedy wypowiedział bez wahania.
Podniósł wzrok na szefa bezpieczeństwa.
— Kim jest jej matka?
— Znaleźliśmy niewiele. Wygląda na to, że prowadziła kiedyś niewielką pracownię krawiecką. Sprzedała ją kilka lat temu.
Kowalski opadł na oparcie fotela. Przed oczami mignęła mu młoda twarz, blada i zmęczona po porodzie. Obraz, który wykasował z pamięci, wrócił z okrutną wyrazistością.
Przez cały czas szukał, kto stoi za Katarzyną. Jaka siła, czyja męska ręka prowadzi tę „marionetkę”. A za nią stała nieznana mu już kobieta, Anna Wiśniewska. I córka. Jego córka.
Gdy to zrozumiał, nie poczuł skruchy. Poczuł zimną wściekłość. Przegrał starcie jako biznesmen, ale mógł jeszcze spróbować wygrać wojnę jako ojciec. Tytuł, którego nigdy nie używał, stał się jego atutem.
Zadzwonił na jej prywatny numer, zdobyty przez asystenta.
— Kasiu — powiedział bez wstępu, po raz pierwszy wypowiadając jej imię. Głos brzmiał inaczej: miękko, niemal ciepło. — Musimy porozmawiać. Nie jak konkurenci. Jak ojciec z córką.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Nie mam ojca, panie Marku — odpowiedziała. — Wszystkie sprawy biznesowe już omówiliśmy. Moi prawnicy czekają na pańską decyzję.
— To nie jest tylko biznes. To rodzina. Nasza rodzina.
Zgodziła się.
Spotkali się w drogiej, niemal pustej restauracji. Przyszedł pierwszy i zamówił białe frezje, które rzekomo lubiła jej matka. Pamiętał. Pamięć podsunęła mu tę wygodną drobnostkę.
Kasia weszła, nie spojrzała na bukiet i usiadła naprzeciwko.
— Słucham.
— Popełniłem błąd — zaczął. — Straszny błąd sprzed dwudziestu pięciu lat. Byłem młody, ambitny, głupi. Myślałem, że buduję dynastię, a tak naprawdę odrzucałem jedyną rzecz, która miała prawdziwą wartość.
