— Były śledczy z powiatu. Stanisław Wójcik. Kiedyś próbował badać sprawy zaginionych dzieci, ale szybko zamknięto mu dochodzenie. Potem go wyrzucili.
Jan zmrużył oczy.
— Gdzie on teraz mieszka?
— Przy stacji. W starym domu po leśniczym.
Marta podniosła się z miejsca.
— Więc musimy jechać od razu.
W tej chwili znów uderzono w drzwi.
Deski zatrzeszczały.
— Nie mamy czasu — wyszeptała Alicja.
Jan zgasił resztę światła. Dom pogrążył się w ciemności.
— Przez stodołę — powiedział cicho.
Ostrożnie wymknęli się tylnymi drzwiami. Zimny deszcz natychmiast uderzył ich w twarze. Wiatr wył tak mocno, że niemal zagłuszał ich kroki.
Na podwórzu panował mrok. Tylko przy furtce przemykały sylwetki mężczyzn.
Jan prowadził kobiety przez ogród, starając się nie robić hałasu. Błoto kleiło się do butów, mokre gałęzie chłostały po twarzach. Marta z trudem utrzymywała się na nogach.
I wtedy dziecko zapłakało.
Głośno.
Przenikliwie.
Na podwórzu natychmiast ktoś wrzasnął:
— Są z tyłu! Łapać ich!
Rozpoczął się pościg.
Jan złapał Martę za rękę i pobiegli przez pole w stronę lasu. Za plecami słyszeli krzyki, szczekanie psów i ryk silników.
Nagle Alicja się zatrzymała.
— Nie… ja ich zatrzymam.
Marta odwróciła się z przerażeniem.
— Co ty mówisz?!
— Inaczej dogonią nas wszystkich.
Jan chwycił ją za ramię.
— Nawet o tym nie myśl!
Ale Alicja nagle się uśmiechnęła. Pierwszy raz tej strasznej nocy.
— Przez trzy lata żyłam jak martwa. A on musi żyć normalnie.
Delikatnie dotknęła twarzy syna.
A potem gwałtownie pobiegła w drugą stronę — ku staremu mostowi nad rzeką.
Rozległy się krzyki mężczyzn.
Kilku ruszyło za nią.

Po minucie ciemność przeciął okropny huk metalu, a zaraz po nim — pisk hamulców.
Potem wszystko ucichło.
Marta krzyknęła z rozpaczy.
Jan jednak pociągnął ją dalej.
Do domu byłego śledczego dotarli dopiero o świcie. Stanisław Wójcik wysłuchał ich w milczeniu, po czym od razu skontaktował się ze swoimi dawnymi znajomymi w komendzie wojewódzkiej.
Dwa dni później zaczęły się zatrzymania.
Na jaw wyszła przerażająca prawda: siatka zajmująca się handlem dziećmi naprawdę działała przez wiele lat. W sprawę zamieszani byli lekarze, urzędnicy i byli policjanci.
Grzegorza zatrzymano podczas próby ucieczki.

Ciało Alicji znaleziono przy moście.
Ocaliła syna za cenę własnego życia.
Minęło pięć lat.
Mały Kacper nazywał Martę mamą, a Jana tatą. Nigdy nie powiedzieli mu całej prawdy.
Tylko czasem, wieczorami, Marta wyjmowała starą fotografię siostry i szeptała cicho:
— Nie wróciłaś wtedy na próżno, Alu…
A za oknem szumiał wiatr, jakby ktoś niewidzialny wciąż pilnował ich domu.