— Zosia? Co ty robisz o trzeciej w nocy? — usłyszała zaspany głos.
— Ela, mogę przyjechać? Bardzo muszę.
— Jasne. Co się stało?
— Powiem na miejscu.
W taksówce myślała tylko o jednym. Trzydzieści lat. Całe życie. I co zostało? Pustka i zdrada.
Elżbieta otworzyła w pogniecionym szlafroku.
— Siadaj. Wstawię czajnik. Mów.
Zofia opowiedziała wszystko. Elżbieta słuchała i kręciła głową.
— Drań — podsumowała. — Wszyscy tacy sami.
— Ela, nie wiem, co robić.
— A co tu myśleć? Rozwieść się.
— To nie takie proste.
— Właśnie dlatego on uważa, że wszystko zniesiesz.
Zofia nie spała. Leżała na kanapie i wspominała. Jak poznała Marka na studiach. Jak na pierwszej randce dał jej kwiaty. Jak rodziła dzieci. Jak coraz częściej zostawał po godzinach.
Kiedy wszystko zaczęło się psuć? Dwa lata temu zauważyła, że stał się chłodniejszy i bardziej obcy. Myślała, że to kryzys wieku.
A on znalazł kogoś młodszego.
Rano zadzwoniła do Marty.
— Mamo, co się stało? Tata dzwonił, szuka cię.
— Powiedz mu, że jestem u cioci Eli. I że muszę pomyśleć.
— O czym?
— Później ci wyjaśnię, córciu.
Marek wydzwaniał cały dzień. Nie odbierała. Wieczorem przyjechał do Elżbiety.
— Zofia jest? — zapytał w progu.
— Jestem. Czego chcesz?
— Porozmawiać. Po ludzku.
— Mów.
— Zerwałem z Iwoną. Koniec. Więcej jej nie zobaczę.
— Do następnej Iwony.
— Nie będzie następnej. Przysięgam.
Zofia patrzyła na jego zmęczoną twarz i wymiętą koszulę. Może teraz mówił szczerze.
— Marek, dużo myślałam — powiedziała cicho. — Mam pięćdziesiąt pięć lat. Może pora pożyć dla siebie?
— Jak to dla siebie?
— Znajdę pracę. Zobaczę świat. Zastanowię się, czego ja chcę, a nie tylko czego chcesz ty.
— Zosiu, jesteśmy rodziną.
— Rodzina jest wtedy, gdy są dwie osoby. Nie wtedy, gdy jedna żyje wygodnie, a druga po niej sprząta.
— Zmienię się.
— Pomieszkamy osobno. Każde pomyśli o swoim.
— To rozwód?
— Przerwa. Jeśli zrozumiesz, że potrzebujesz mnie nie tylko jako kucharki i praczki, przyjdź. Jeśli nie… trudno.
Marek długo milczał. Potem skinął głową.
— Dobrze. Ale będę o ciebie walczył.
— Zobaczymy.
Wyszedł. Elżbieta objęła Zofię.
— Dobrze zrobiłaś.
— Boję się, Ela.
— To normalne. Ale przynajmniej uczciwe.
Zofia podeszła do okna. Za szybą mżył deszcz. Nowe życie zaczynało się w wieku pięćdziesięciu pięciu lat. Brzmiało niedorzecznie, ale może właśnie tak miało być.
Jutro pójdzie szukać pracy. Potem pojedzie do matki i porozmawia z nią od serca. Dawno tego nie robiły.
A dalej się zobaczy. Może Marek naprawdę się opamięta. A może Zofia odkryje, że bez niego też można żyć.
Najważniejsze było jedno: nauczyć się żyć również dla siebie. Nie tylko dla innych.
Deszcz stukał w szybę. Zofia uśmiechnęła się po raz pierwszy od doby.
