Żona chciała zrobić mężowi niespodziankę i wróciła od matki trzy godziny wcześniej — po wejściu do mieszkania zrozumiała, komu oddała trzydzieści lat życia

Barbara jechała pociągiem podmiejskim i patrzyła w ciemniejące okno. Przez trzy dni była u matki: gotowała rosół, podawała tabletki, poprawiała kołdrę, mierzyła temperaturę. Dopiero wczoraj gorączka wreszcie spadła.

— Zostań jeszcze jeden dzień — prosiła rano mama.

— Marek siedzi sam, mamo. Pewnie znów je suchy chleb z serem.

Teraz Barbara żałowała, że nie została. Ale Marek dzwonił każdego wieczoru, pytał o teściową, wzdychał, że lodówka pusta, a jego głos brzmiał dziwnie. Jakby naprawdę był samotny.

— Tęsknię — mruknął poprzedniej nocy.

Uśmiechnęła się wtedy. Trzydzieści lat razem, a on wciąż mówił, że tęskni. Dobry człowiek jej się trafił, myślała.

Wagon kołysał się lekko. Kobieta naprzeciwko chrupała słonecznik i czytała romans. Na okładce młoda blondynka obejmowała bruneta w garniturze. Barbara spojrzała na swoje odbicie w szybie: zmarszczki, siwe odrosty, zmęczone oczy. Kiedy tak bardzo się postarzała?

— Do męża pani? — zagadnęła współpasażerka.

— Tak. Do domu.

— A ja do kochanka — zachichotała tamta. — Mąż myśli, że jestem u koleżanki.

Barbara poczerwieniała i odwróciła głowę. Jak można mówić o tym tak swobodnie?

Telefon zawibrował.

„Jak mama? Kiedy wracasz?” — napisał Marek.

Do domu zostawały jej trzy godziny. Chciała odpisać uczciwie, ale zatrzymała palec nad ekranem. Niech ma niespodziankę. Wróci wcześniej, ugotuje kolację, nakryje stół. Ucieszy się.

„Jutro rano. Też tęsknię” — wysłała.

Marek natychmiast odpowiedział serduszkiem.

Za oknem migały ogródki działkowe i małe stacje. Barbara wyjęła termos z herbatą. Mama koniecznie kazała jej go zabrać, a do torby wcisnęła jeszcze kanapki. Wiecznie ją karmiła, jakby Barbara nie miała pięćdziesięciu pięciu lat, tylko siedem.

— Strasznie zmizerniałaś, córciu. Ten twój Marek chyba nie pilnuje, żebyś jadła.

— Mamo, ja już dawno jestem dorosła.

— Dla mnie zawsze będziesz dzieckiem.

Barbara jadła kanapkę z szynką i myślała o matce. Mieszkała sama w starym bloku z wielkiej płyty, w tym samym, w którym Barbara dorastała. Ojciec umarł sześć lat temu, a mama nie chciała słyszeć o przeprowadzce.

— Macie swoje życie — ucinała zawsze. — Po co wam stara baba pod nogami?

A przecież Barbara całe życie właśnie to robiła: opiekowała się innymi. Najpierw rodzicami, potem Markiem, później dziećmi. Pracowała w przedszkolu, ale po urodzeniu Pawła została w domu. Potem pojawiła się Marta. I tak już została gospodynią.

— Po co ci praca? — mówił Marek. — Zarabiam wystarczająco. Ty pilnuj domu.

Pilnowała. Trzydzieści lat. Gotowała, prała, sprzątała, prasowała koszule, woziła dzieci na zajęcia, przyszywała guziki, pamiętała o wszystkim, o czym Marek zapominał.

Dzieci dorosły. Paweł zamieszkał we Wrocławiu i się ożenił. Marta też miała już męża i małą córeczkę. Barbara została babcią.

I co dalej?

Pociąg hamował. Barbara zebrała torbę, pożegnała współpasażerkę i wysiadła. Na peronie było głośno, ludzie tłoczyli się przy przystanku. Do mieszkania miała jeszcze czterdzieści minut autobusem.

Po drodze wyobrażała sobie minę Marka. Czeka na nią jutro rano, a ona stanie w drzwiach już dziś. Wstąpi do Biedronki, kupi mięso, ziemniaki, ogórki, zrobi coś ciepłego. Niech wie, że ma żonę, która o niego dba.

W sklepie wypełniła dwie torby. Kasjerka uśmiechnęła się.

— Gości pani czeka?

— Nie. Chcę tylko męża ucieszyć.

Torby były ciężkie. Do klatki doniosła je z trudem, w windzie musiała odsapnąć. Kluczy szukała długo, przekopując całą torebkę.

Wreszcie otworzyła drzwi.

— Marek, to ja! Przyjechałam!

Cisza. Pewnie śpi, pomyślała. Było późno, prawie jedenasta.

Postawiła zakupy i zdjęła płaszcz. W mieszkaniu paliło się światło. Dziwne. Marek zawsze gasił wszystko przed snem.

Podeszła do szafy i zamarła. Przy progu stały damskie buty. Czerwone, lakierowane, na wysokiej szpilce. Drogie, błyszczące, obce.

— Marek? — powiedziała ciszej.

Serce zaczęło jej walić. Może to buty Marty? Córka miała klucze. Ale dlaczego nie zadzwoniła?

Z kuchni dobiegł kobiecy śmiech.

Barbara znieruchomiała. To nie była Marta. Głos był obcy.

— Marek, ty to jednak potrafisz rozbawić — mówiła nieznajoma.

— Basia wróci jutro. Zdążymy wszystko sprzątnąć — odpowiedział mąż.

Barbara oparła się o ścianę. Nogi przestały ją słuchać. Kim była ta kobieta? Co mieli sprzątać?

— A jeśli wróci wcześniej?

— Nie wróci. Jest punktualna jak zegarek. Skoro napisała, że jutro rano, to jutro rano.

Znów się roześmiali. Barbarze zabrakło powietrza.

Po cichu podeszła do kuchni. Drzwi były uchylone. Zajrzała.

Marek siedział przy stole w podkoszulku i dresach, potargany, z zadowoloną twarzą. Naprzeciwko niego była młoda brunetka, może trzydziestoletnia, zadbana, wyrazista. Na sobie miała jej szlafrok.

Na stole stały dwa kieliszki, śledzie, kiszone ogórki i sałatka jarzynowa. Marek trzymał kobietę za rękę.

— Kinga, jesteś cudowna — szeptał.

Kinga? Kim była Kinga?

— A twoja żona? — zapytała kokieteryjnie. — Mówiłeś, że ją kochasz.

— Kocham. Ale to coś innego. Przy tobie czuję, że żyję.