W taksówce patrzyła na mokre szyby. Trzydzieści lat. Całe życie. I co zostało? Pustka. Zdrada. Wstyd.
Ewa otworzyła w pogniecionym szlafroku.
— Wchodź. Nastawię wodę. Mów.
Barbara opowiedziała wszystko. Ewa słuchała i kręciła głową.
— Drań — powiedziała w końcu. — Wszyscy potrafią być draniami.
— Nie wiem, co robić.
— Co tu wiedzieć? Rozwód.
Barbara milczała.
— Właśnie dlatego on myśli, że wszystko zniesiesz — dodała Ewa.
Nie spała całą noc. Leżała na kanapie i wspominała. Jak poznała Marka na studiach. Jak na pierwszej randce przyniósł kwiaty. Jak rodziła dzieci. Jak coraz częściej zostawał po godzinach.
Kiedy wszystko się zepsuło? Dwa lata temu zauważyła, że zrobił się chłodny i nieobecny. Myślała, że to wiek, zmęczenie, kryzys.
A on po prostu znalazł młodszą.
Rano zadzwoniła Marta.
— Mamo, co się stało? Tata dzwonił, szuka cię.
— Powiedz mu, że jestem u cioci Ewy. I że muszę pomyśleć.
— O czym?
— Później ci powiem, kochanie.
Marek dzwonił cały dzień. Barbara nie odbierała. Wieczorem przyjechał do Ewy.
— Barbara jest? — zapytał w drzwiach.
— Jestem — wyszła do przedpokoju. — Czego chcesz?
— Porozmawiać. Po ludzku.
— Mów.
— Zerwałem z Kingą. Koniec. Nigdy więcej jej nie zobaczę.
— Do następnej Kingi.
— Nie będzie następnej. Przysięgam.
Barbara patrzyła na jego zmęczoną twarz i pogniecioną koszulę. Może teraz mówił szczerze. Może naprawdę się bał.
— Marek, ja też myślałam — powiedziała cicho. — Mam pięćdziesiąt pięć lat. Może najwyższa pora pożyć dla siebie?
— Jak to dla siebie?
— Znajdę pracę. Może gdzieś pojadę. Zastanowię się, czego ja chcę. Nie tylko czego ty chcesz.
— Basiu, jesteśmy rodziną.
— Rodzina jest wtedy, gdy dwoje ludzi żyje razem. A nie gdy jedno żyje wygodnie, a drugie po nim sprząta.
— Naprawię to.
— Pomieszkamy osobno. Każde z nas pomyśli.
— To rozwód?
— Przerwa. Jeśli zrozumiesz, że jestem ci potrzebna nie tylko jako kucharka i praczka, przyjdź. Jeśli nie… trudno. Widocznie tak miało być.
Marek długo milczał. W końcu skinął głową.
— Dobrze. Ale będę o ciebie walczył.
— Zobaczymy.
Wyszedł. Ewa objęła Barbarę.
— Dobrze zrobiłaś.
— Boję się.
— Jasne, że się boisz. Ale wreszcie uczciwie.
Barbara podeszła do okna. Na dworze siąpił deszcz. Nowe życie w wieku pięćdziesięciu pięciu lat brzmiało absurdalnie. A jednak może właśnie tak trzeba.
Jutro pójdzie szukać pracy. Potem pojedzie do mamy i porozmawia z nią naprawdę, bez pośpiechu. Dawno tego nie robiły.
A później się zobaczy. Może Marek oprzytomnieje. A może Barbara zrozumie, że potrafi żyć bez niego.
Najważniejsze, żeby nauczyła się żyć także dla siebie. Nie tylko dla innych.
Deszcz stukał w szybę. Barbara uśmiechnęła się po raz pierwszy od doby.
