— Tamte pieniądze poszły na dom Renaty, na wakacje nad Bałtykiem… Człowiek ma chyba prawo trochę odpocząć. Błąd zrobiłem wtedy, gdy wziąłem pożyczki na wesela i podróże poślubne jej córek. Zrozumiesz mnie, synu. Pomożesz mi. Po tej całej niesprawiedliwości…
— Odpocząć? Mama i ja przez lata ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Ona zaharowywała się do granic sił, a ja od trzynastego roku życia łapałem każdą drobną pracę. Najpierw roznosiłem ulotki, potem myłem samochody.
— I wyszedłeś na ludzi. Prawdziwy mężczyzna. Chyba nie zostawisz własnego ojca na ulicy.
— Ja straciłem ojca, kiedy miałem dziesięć lat.
— Lepiej późno niż wcale. Nadrobimy wszystko.

— Jak?
— Mógłbym zamieszkać w tym wolnym pokoju. Tymczasowo. Co ty na to? Krew nie woda.
— Ten pokój jest dla mojego syna. Nie wiem, kto dał ci mój adres, ale powinien ci powiedzieć, że mam dziecko. Syna. Urodził się dzisiaj. Zamierzam być dla niego takim ojcem, na jakiego zasługuje. A teraz wyjdź. Muszę jechać po meble, mam dużo do zrobienia — powiedział i wskazał drzwi.
Na zewnątrz Marian jeszcze zawołał za nim:
— Adam, to naprawdę świetny samochód. Zamień go na coś tańszego, a różnicę daj mnie. Spłaciłbym długi. Zrób to, co przyzwoite…
— Dla mnie jesteś tylko zdrajcą. Kiedy byłem chłopcem, potrzebowałem ojca. Teraz nie potrzebuję od ciebie niczego. Zejdź mi z oczu, bo nie ręczę za siebie.
Adam wsiadł do auta, nie oglądając się za siebie. Stary mężczyzna został przed domem, zagubiony i osłupiały, lecz w sercu Adama nie poruszyła się nawet odrobina litości. Wiedział, że wybrał właściwie. Wybrał swojego syna, który nigdy nie miał poznać bólu, jaki on sam nosił w sobie przez całe życie.