Mam na imię Katarzyna. To ja jestem tą kobietą, która pewnego dnia zdradziła męża dla czarującego Araba, uwierzyła w połyskującą dubajską bajkę i postanowiła zostać przy człowieku, którego wcześniej widziała zaledwie kilka razy. Z boku pewnie wyglądało to jak szaleństwo. Wtedy jednak wydawało mi się, że pierwszy raz w życiu wybieram nie obowiązek, nie przyzwyczajenie, nie lęk, tylko miłość.
Czasem życie przypomina wielki garnek gęstej zupy: wszystko wrze, bulgocze, para unosi się pod sufit, a smak wciąż ten sam, dzień po dniu, bez żadnej odmiany. Miałam czterdzieści osiem lat. Pracowałam jako kucharka w szkolnej stołówce, a zapach gotowanej kapusty, kaszy, podsmażanej cebuli i dziecięcego gwaru wsiąkł we mnie tak głęboko, że zdawało mi się, iż chodzi za mną nawet nocą.
Moje poranki od lat wyglądały identycznie. Pobudka o piątej trzydzieści, chustka na włosy, sprawdzanie kuchenek, woda na owsiankę, ogromne garnki, noże, cebula, marchew. Dłonie już dawno pachniały kuchnią, a gdzieś wewnątrz mieszkało coś cichego, niespełnionego, bezimiennego. Mój mąż Marek jeździł TIR-em.
W domu bywał rzadko — na dwa dni, czasem na tydzień. Przynosił ze sobą zapach ropy, asfaltu i zmęczenia ciężkiego jak przemoczona kurtka. Prawie przestaliśmy rozmawiać. Wszystko stało się suche, zwyczajne, jak według instrukcji: przyszedł, zjadł, położył się, zasnął. Nieraz łapałam się na strasznej myśli, że czekam nie na jego powrót, ale na dzień, w którym znów ruszy w trasę, byle nie patrzeć na pustkę w jego oczach.
Mówią, że przyzwyczajenie staje się drugą naturą. Tylko co zrobić, jeśli twoim przyzwyczajeniem jest samotność?
Dzieci dawno dorosły. Syn wyjechał do Warszawy, córka mieszkała w Poznaniu. Dzwonili rzadko — każde miało swoje życie, swoje sprawy, rachunki i plany. Coraz częściej czułam się zbędna: dla nich, dla męża, nawet dla samej siebie.
Trzymała mnie tylko szkoła. Tam był hałas, bieganina, dzieciaki, które mówiły do mnie pani Kasiu i uśmiechały się, gdy nakładałam im dokładkę. Czasem, szorując wielką blachę, wyobrażałam sobie, że razem z tłuszczem i przypalonymi okruchami zmywam z siebie lata przeżyte na darmo. Ale woda znikała w odpływie, a życie zostawało takie samo.
Po zmianie wracałam do domu wąską uliczką między krzywymi płotami. W mieszkaniu czekał na mnie stary dywan na ścianie, telewizor z wiadomościami o cenach i wojnach, czajnik i cisza. Parzyłam herbatę, siadałam przy oknie i patrzyłam, jak szary śnieg osiada na dachach. I któregoś wieczoru podniosło się we mnie ciche, uparte pragnienie: wyjechać. Gdziekolwiek. Choćby na koniec świata. Tam, gdzie nikt nie wie, kim jestem.
Czasami brałam telefon i przewijałam piękne zdjęcia. Morze, palmy, plaże, wieżowce, miasta pełne świateł. Najbardziej ciągnęło mnie do Dubaju — błyszczącego, nierealnego, jakby namalowanego. Nigdy nie byłam za granicą. Nawet nad morzem porządnie nie odpoczęłam. Ale te światła na fotografiach jakby wołały: przyjedź, tutaj można zacząć od nowa.
Wyjęłam blaszaną puszkę po ciastkach, do której przez lata odkładałam po trochu. Dziesięć złotych, dwadzieścia, czasem sto po premii. Okazało się, że prawie wystarczy.
Siedziałam nad tymi pieniędzmi i nie mogłam się ruszyć. Mogły być potrzebne na zęby, remont, czarną godzinę. Ale pierwszy raz od wielu lat drżałam nie ze strachu, tylko z nadziei. Długo milczałam. Potem poszłam do kuchni, nalałam sobie herbaty i prawie bezgłośnie powiedziałam:
— Katarzyna, teraz albo nigdy.
Kiedy Marek zadzwonił z trasy, mówiłam jak zwykle: o szkole, mrozie, samochodzie sąsiada, który znowu zastawił wjazd. Ani słowem nie wspomniałam, że następnego dnia pójdę do biura podróży. Nie zrozumiałby. On sam od dawna żył jak w kabinie ciężarówki: trasa, kurs, parking, dom. A ja nagle postanowiłam zjechać z tej drogi.
W biurze podróży pachniało kawą i świeżym papierem. Młoda dziewczyna z mocną szminką uśmiechnęła się do mnie.
— Szukamy spokojnego wypoczynku czy czegoś z przygodą?
Zmieszałam się.
— Chyba z przygodą — odpowiedziałam i sama zdziwiłam się własnym słowom.
Wieczorem wyciągnęłam walizkę. Starą, wytartą, jeszcze z czasów, gdy jeździliśmy z dziećmi do rodziny. Wyjęłam sukienki, których nie wkładałam od lat. Jedną granatową, drugą w kwiaty. Przymierzyłam je i długo patrzyłam w lustro. Patrzyła na mnie zmęczona kobieta. Ale nie martwa. Żywa. Taka, która kiedyś potrafiła marzyć.
Prawie nie spałam. Za oknem wył wiatr, zegar tykał powoli, jakby specjalnie rozciągał noc. W głowie krążyły myśli: „A jeśli Marek się dowie? A jeśli wszystko się nie uda? A jeśli będę żałować?”. Ale niepokój mieszał się z poczuciem czegoś wielkiego. Jakby drzwi, zamknięte przez całe moje życie, wreszcie lekko się uchyliły.
Rano obudziłam się z uśmiechem. Pierwszy raz od wielu lat. W kuchni był ten sam czajnik, to samo stare linoleum, te same firanki. A jednak wszystko wyglądało inaczej. Cicho powiedziałam:
— Lecę do Dubaju.
I nawet gdyby w tamtej chwili ktoś wszedł i powiedział: „Zatrzymaj się, Katarzyno”, już bym go nie posłuchała. Bo pierwszy raz od długich lat poczułam, że żyję.
