Magda pojawiła się około północy. Po dźwiękach dało się poznać, że jest podpita i mocno rozdrażniona. Obcasy ostro uderzały o parkiet.
— Andrzej! Jestem! — krzyknęła z przedpokoju. — Zrób mi kawę, padam z nóg.
Spokojnie przewróciłem stronę.
— Kawy nie ma.
Usłyszałem kroki. Magda weszła do kuchni. Zapadła cisza. Trwała może dziesięć sekund, po czym mieszkanie przeciął ogłuszający pisk.
Wpadła do mojego gabinetu. Oczy miała rozszerzone, makijaż lekko rozmazany.
— Co… co się stało z kuchnią?! Okradli nas?! Gdzie jest ekspres?! Gdzie są naczynia?!
— Nikt nas nie okradł — zamknąłem książkę bez pośpiechu. — Przeprowadziłem inwentaryzację i ewakuację wartościowego mienia. Ponieważ w praktyce pokazałaś, że jesteś gotowa niszczyć moje rzeczy, byle ocalić swój manicure, ograniczyłem ci dostęp do tego mienia. Teraz w kuchni panuje idealny porządek.
Magda otworzyła usta i przez chwilę tylko łapała powietrze.
— Ty… ty ukryłeś garnki?! Wywiozłeś ekspres?! Jesteś nienormalnym paranoikiem!
— Na blacie leżą papierowe talerze. Zjadłaś, zgniotłaś, wyrzuciłaś. Niczego nie trzeba myć. Manicure w pełni bezpieczny. Idealne rozwiązanie problemu.
Chwyciła z mojego biurka ciężki metalowy zszywacz i z całej siły cisnęła nim w ścianę. Tynk chrupnął.
— Nie zamierzam żyć w takich warunkach! Nie jestem psem, żeby jeść z papierowej miski! Jesteś skąpym, małostkowym tyranem!
— W takim razie spakuj rzeczy, Magda. Nikt cię tutaj siłą nie trzyma — patrzyłem jej prosto w oczy.
Nagle zamilkła. Jej pierś ciężko unosiła się pod bluzką. W jednej chwili cała histeria ustąpiła miejsca gorączkowej, wyrachowanej wściekłości.
— Myślisz, że jesteś najmądrzejszy? — syknęła, pochylając się nade mną. — Myślisz, że tak po prostu wyjdę? Zmarnowałam na ciebie pół roku! Nie wyjdę stąd z pustymi rękami!
Odwróciła się gwałtownie i prawie wybiegła na korytarz.
Zmarszczyłem brwi. Jej reakcja była zbyt dziwna. Zamiast pakować ubrania albo kontynuować awanturę, skierowała się do sypialni. Wstałem zza biurka i bezszelestnie ruszyłem za nią.
Drzwi do sypialni były uchylone. Magda klęczała przed moją szafą. W pośpiechu przerzucała rzeczy w dolnych szufladach, tam, gdzie trzymałem dokumenty i niewielką szkatułkę z drogimi męskimi zegarkami. Miałem kolekcję starych chronometrów, w którą przez lata włożyłem sporo pieniędzy.
Znalazła szkatułkę. Otworzyła ją. Wyjęła trzy najdroższe zegarki, w tym mojego ulubionego Rolexa, i szybko wsunęła je do skórzanej torebki.
Stałem w cieniu korytarza i nie wierzyłem własnym oczom. Moja partnerka, dyrektorka artystyczna o „idealnym guście”, okradała mnie w moim własnym mieszkaniu.
Zapięła torebkę, wyprostowała się i wyjęła telefon. Wybrała numer. Zamarłem, starając się nie wydać żadnego dźwięku.
— Halo, Bartek? — jej głos drżał od napięcia. — Tak, to ja. Słuchaj, mam wszystko. Zegarki są u mnie. Jutro rano zawiozę je do lombardu przy Marszałkowskiej, tam biorą bez papierów. Powinno wyjść sześćdziesiąt tysięcy, nie mniej. Zamknę ten dług… Tak, rozumiem, że terminy płoną! Jeśli te typy zjawią się w galerii, wyrzucą mnie z wilczym biletem! Dobra, jutro będą pieniądze. A temu idiocie powiem, że nas okradli, kiedy nie było go w domu.
Rozłączyła się.
Cały obraz ułożył się natychmiast.
Magda ugrzęzła w poważnych długach. Najpewniej pożyczała pieniądze od niebezpiecznych ludzi albo kręciła finansowe przekręty w galerii, możliwe, że sprzedawała coś pod stołem albo łatała cudze wpłaty cudzymi pieniędzmi. Pilnie potrzebowała gotówki. Jej kaprysy z manicure, odmowa opłacenia sprzątania z własnej kieszeni, wybuchy agresji — to wszystko nie było już tylko paskudnym charakterem. To były objawy dzikiego stresu człowieka zapędzonego w róg.
Zamierzała ukraść moją kolekcję i odegrać scenę włamania. Moja ewakuacja kuchni jedynie wepchnęła ją w panikę i przyspieszyła plan.
Cicho cofnąłem się do gabinetu. Domknąłem drzwi i wyjąłem telefon.
Wybrałem numer dyżurnego komisariatu.
— Dobry wieczór. Chcę zgłosić kradzież mienia znacznej wartości. Sprawczyni znajduje się teraz w moim mieszkaniu i zamierza wyjść z wyniesionymi rzeczami.
Potem wyszedłem na korytarz.
Magda właśnie wychodziła z sypialni. W ręce mocno ściskała torebkę. Kiedy mnie zobaczyła, spróbowała przybrać minę obrażonej damy.
— Wychodzę! — oznajmiła, unosząc brodę. — Przenocuję u koleżanki. Nie chcę być z tobą pod jednym dachem. Rzeczy zabiorę jutro!
— Nigdzie nie pójdziesz, Magda — zastąpiłem jej drogę do drzwi wejściowych.
— Odsuń się! Nie masz prawa mnie zatrzymywać! — próbowała mnie odepchnąć, ale mocno chwyciłem ją za ramiona.
— Słyszałem twoją rozmowę z Bartkiem — powiedziałem cicho. — O długach, lombardzie przy Marszałkowskiej i udawanym włamaniu.
Twarz Magdy zrobiła się trupio blada. Torebka wypadła jej z rąk na parkiet. Rozległ się głuchy stuk — ciężkie zegarki uderzyły o siebie w środku.
Zaczęła osuwać się na podłogę. Cała jej wyniosłość, cały snobizm, ta wypolerowana pewność siebie zniknęły w sekundę.
