Obce reguły gry: opowieść o tym, jak kobieta z Polski uwierzyła bogatemu mężczyźnie z Emiratów i zapłaciła za tę bajkę wszystkim, co miała

— To mój kuzyn — powiedział Samir. — Wypijemy herbatę, potem odwiozę cię z powrotem.

Siedzieliśmy w cieniu i piliśmy słodką herbatę z miętą. Mężczyzna prawie się nie odzywał, czasem pytał coś po arabsku. Nie rozumiałam, ale łapałam na sobie spojrzenia — uprzejme, lecz ostrożne. W piersi narastało dziwne uczucie: jakbym znalazła się nie na randce, tylko wewnątrz cudzej historii.

Kiedy słońce zaczęło opadać ku horyzontowi, Samir zaproponował, żebyśmy zostali dłużej.

— Zachód tutaj jest wyjątkowy. Jeden moment — i świat rodzi się od nowa.

Staliśmy na szczycie wydmy. Wiatr uderzał w twarz, piasek iskrzył złotem. Podszedł bliżej, objął mnie za ramiona, a ja się nie odsunęłam. W środku wszystko ścisnęło się i stopniało jednocześnie.

— Katarzyno — wyszeptał — rozumiesz, co czuję?

Milczałam.

— Wydaje mi się, że znalazłem to, czego szukałem.

Pocałował mnie. Delikatnie, ostrożnie, jakby bał się spłoszyć. Jego usta pachniały miętą i słońcem. Serce tłukło się tak, jakby biegło po piasku. Ale głęboko we mnie i tak poruszył się lęk. Zbyt pięknie. Zbyt idealnie. Świat taki nie bywa.

W drodze powrotnej milczał. Patrzył na drogę, mocno ściskał kierownicę. Zapytałam:

— Wszystko dobrze?

— Tak. Myślę. Mam duże sprawy. Projekt. Możliwe, że mogłabyś mi pomóc.

Zesztywniałam.

— Jak?

Uśmiechnął się lekko:

— Opowiem później. Teraz nie czas mówić o pieniądzach.

Słowo „pieniądze” przemknęło mi po plecach chłodem. Ale on się uśmiechnął, dotknął mojej ręki i niepokój znów się rozpuścił.

Przed hotelem Samir otworzył mi drzwi, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło.

— Ufasz mi, Katarzyno? — zapytał cicho.

— Chyba tak.

— Więc się nie bój. Czasem los wymaga kroku w ciemność.

Ta fraza przeszyła mnie.

Kiedy zostałam sama, w pokoju zrobiło się zbyt cicho. Zdjęłam amulet, położyłam na stole i długo patrzyłam na zielony kamień. Pobłyskiwał jak oko jaszczurki. Włączyłam telewizor, żeby zagłuszyć myśli, ale arabska mowa wydawała się zbyt głośna.

Potem wzięłam telefon i otworzyłam rozmowę. Dziesiątki wiadomości: „Śpisz? Jesteś piękna. Pamiętaj, jestem obok”. Wszystko wyglądało szczerze. Może po prostu niepotrzebnie się boję?

Położyłam się, ale sen nie przychodził. Za oknem szumiało miasto, a w głowie brzmiał jego głos: „Czasem los wymaga kroku w ciemność”. Nie wiedziałam jeszcze, że ten krok już zrobiłam.

Następne dni porwały mnie jak wir. Przestałam odróżniać poranki od wieczorów. Samir pojawiał się jak znikąd: raz przysyłał do pokoju bukiet białych lilii, raz zapraszał na spacer, raz dzwonił w południe tylko po to, by powiedzieć: „Myślę o tobie”.

Umiał znajdować słowa. Każde jego zdanie brzmiało tak, jakby nikt wcześniej na świecie go nie wypowiedział. A ja wierzyłam. Śmiałam się, odpowiadałam, znowu malowałam usta, wybierałam sukienki, przymierzałam biżuterię. Z każdym spotkaniem zdawało mi się, że młodnieję.

Pewnego dnia zawiózł mnie nad morze. Nie na turystyczną plażę, ale tam, gdzie przy nabrzeżu stały śnieżnobiałe jachty. Słońce oślepiająco odbijało się w wodzie, powietrze pachniało solą i benzyną.

Samir podszedł do jednego jachtu i powiedział:

— Dzisiaj jest tylko nasz.

Zmieszałam się:

— Wynająłeś go?

— Czy mógłbym pozwolić, żebyś patrzyła na morze tylko z brzegu? — odpowiedział i podał mi rękę.

Weszliśmy na pokład. Jacht miękko się zakołysał, silnik zamruczał, a miasto zaczęło się oddalać. Morze było tak niebieskie, że chciało się płakać. Wiatr szarpał włosy, sukienka kleiła się do ciała, a we mnie była lekkość, jakbym zrzuciła z siebie dziesiątki lat.

Samir stał obok w białej koszuli, bez okularów. Jego ciemne oczy błyszczały. Odbijało się w nich słońce i ja sama.

— Przypominasz kobietę ze starej legendy — powiedział. — Przyszła nad morze i odmieniła swój los.

— I jak skończyła się ta legenda?

— Znalazła miłość.

Powiedział to tak prosto, jakby chodziło o coś nieuniknionego.

Piliśmy miętową herbatę, jedliśmy daktyle. Opowiadał o przyjaciołach, biznesie, jednej transakcji, która może zmienić wszystko. Słuchałam, prawie nie wnikając, oczarowana jego głosem.

Kiedy słońce zaczęło zachodzić, włączył cichą muzykę. Arabska melodia ciągnęła się jak oddech pustyni. Potem zaprosił mnie do tańca. Zawstydziłam się, ale objął mnie pewnie i miękko. Serce biło w rytm.

— Wiesz, Katarzyno — powiedział, patrząc mi w oczy — widziałem wiele kobiet, ale ty jesteś inna. Masz w sobie czystość.

— Nie chcesz niczego oprócz uczucia? — wyszeptałam.

— A co złego jest w uczuciu? Nic. Tylko ono czyni nas bezbronnymi.

Te słowa przeszły po skórze chłodem. Ale Samir już się uśmiechał, jakby nie powiedział nic szczególnego.

Kiedy jacht wrócił do portu, niebo było fioletowe, a nad wodą wisiał ogromny księżyc. Odwiózł mnie do hotelu, wysiadł z samochodu, otworzył drzwi i podał rękę.

— Dzisiaj byłaś moją królową — powiedział cicho. — Jutro pokażę ci coś wyjątkowego.

W pokoju długo stałam przy oknie. Fale toczyły się ku brzegowi, gdzieś w oddali migotały światła. W dłoni trzymałam bransoletkę, którą dał mi na pożegnanie. Cienką, złotą, z małym kamieniem. Piękną. Zbyt piękną.