Spojrzałam na Marka. Stał zadowolony. Nawet dumny. Jakby przyprowadził nie kobietę, tylko jakiś trofeum.
Beata usiadła obok mnie i powiedziała cicho:
— Proszę się nimi nie przejmować. Jak wypiją, od razu udają artystów.
Pomyślałam, że jest dobra. Albo po prostu od dawna przyzwyczajona.
Na stole szybko pojawiły się butelki. Marek nalał mężczyznom, Beacie i sobie. Mnie znowu zaproponował.
— Nie, dziękuję.
Jacek uniósł brwi ze zdziwieniem.
— W ogóle pani nie pije?
— Dzisiaj nie.
— A to czemu? Za poznanie trzeba.
— Za poznanie mogę wznieść toast sokiem.
Piotr roześmiał się.
— Marek, surowa ta twoja pani.
Marek odpowiedział:
— Ona po prostu jest ostrożna.
Niby żart, a mnie zrobiło się przykro. Bo moja ostrożność została już wyciągnięta na stół jak osobna przystawka.
Dalej zaczęły się rozmowy. Najpierw zwyczajne: praca, ceny, zdrowie, sąsiedzi. Potem Jacek zaczął opowiadać prymitywne dowcipy. Patrzyłam na bez za płotem i liczyłam, kiedy będzie najbliższy pociąg. Telefon pokazywał, że za czterdzieści minut. Do stacji samochodem kwadrans. Pieszo pewnie ponad godzinę. Albo czterdzieści minut, jeśli zna się drogę. Ja jej nie znałam.
Powiedziałam cicho do Marka:
— Niedługo będę musiała jechać.
Nawet od razu się nie odwrócił.
— Dokąd ci się tak spieszy?
— Do domu. Muszę zadzwonić do mamy.
To nie było całkiem kłamstwo. Mama naprawdę czekała na mój telefon. Po prostu nie było to pilne.
— Zadzwoń stąd.
— Chciałam zdążyć na pociąg.
Spojrzał na mnie tak, jakbym go zawiodła.
— Ewa, ludzie przyjechali. Niezręcznie tak od razu wychodzić.
To słowo. Moje stare, znajome, niech je szlag. „Niezręcznie”.
I zostałam.
Pół godziny rozciągnęło się w godzinę. Mężczyźni wypili więcej. Marek też. Nie tak, żeby się zataczał, ale twarz mu się zmieniła. Stała się twardsza. Zaczął przerywać Beacie. Potem ostro powiedział Piotrowi, że ten „plecie bzdury”. Później zaczął opowiadać o byłej żonie. Nieprzyjemnie. Nie z bólem, nie z żalem, tylko z jakąś złośliwą satysfakcją.
— Myślała, że będę za nią latał — mówił. — A ja spakowałem jej rzeczy i wystawiłem. Niech się uczy.
Beata spuściła wzrok. Jacek chrząknął. Piotr powiedział:
— I prawidłowo. Kobiety czasem trzeba ustawić.
Poczułam, jak palce robią mi się lodowate.
Marek odwrócił się do mnie:
— Prawda, Ewa? Czasem człowiek rozumie dopiero po twardemu.
Nie chciałam się kłócić. Ale zgodzić się też nie mogłam.
— Myślę, że z ludźmi lepiej rozmawiać.
Uśmiechnął się krzywo.
— Jesteś dobra. Bo jeszcze cię naprawdę nie oszukano.
— Oszukano.
— Widocznie za mało.
Popatrzyłam na niego i po raz pierwszy zrozumiałam jasno: przede mną nie siedzi spokojny mężczyzna. Przede mną siedzi człowiek, który świetnie trzyma twarz tylko dopóty, dopóki wszystko idzie według jego scenariusza.
Wstałam.
— Wejdę do domu po torebkę.
— Po co?
— Muszę już iść.
Przy stole zapadła cisza. Nawet Jacek przestał żuć.
Marek też się podniósł.
— Odwiozę cię później.
— Dziękuję, zamówię taksówkę.
— Tu taksówki nie jeżdżą.
— Sprawdzę.
Zrobił krok w moją stronę.
— Ewa, nie rób scen.
I wtedy naprawdę się przestraszyłam. Nie tyle samego kroku. Bardziej tej frazy. Bo nie było żadnej sceny. Chciałam tylko wyjechać. A on już nazwał to sceną. Czyli w jego głowie już byłam winna.
Beata nagle powiedziała:
— Marek, skoro musi jechać, to niech jedzie.
Odwrócił się do niej gwałtownie.
— Ciebie nikt nie pytał.
Jacek zaśmiał się, ale jakoś niepewnie.
Poszłam do domu. Nie szybko, żeby nie pokazać paniki. Torebka leżała na krześle w przedpokoju. Wyjęłam telefon. Ręce trzęsły mi się tak, że aplikację taksówkową otworzyłam dopiero za trzecim razem. W pobliżu nie było żadnego auta. Żadnego. Otworzyłam mapę. Do stacji pieszo pięć kilometrów. Droga przez osiedle domków, potem wzdłuż pasa lasu.
Napisałam do Anki: „Jest mi tu bardzo nieprzyjemnie. Wychodzę. Jeśli za 20 minut nie zadzwonię, dzwoń do mnie”.
Odpowiedź przyszła natychmiast: „Dzwoń teraz”.
Nacisnęłam połączenie. I właśnie wtedy w drzwiach pojawił się Marek.
— Do kogo dzwonisz?
— Do przyjaciółki.
— Po co?
— Bo chcę.
Powiedziałam to i sama się zdziwiłam. Głos zabrzmiał spokojnie. Najwyraźniej w środku wreszcie włączyła się inna Ewa. Nie grzeczna kobieta z pasztecikami, tylko kobieta, która bardzo chce wrócić do domu żywa i cała. Bardzo radzę nie zgubić w sobie takiej kobiety. Pojawia się rzadko, ale dokładnie wtedy, kiedy trzeba.
Anka odebrała.
— Ewka?
Powiedziałam głośno:
— Aniu, wychodzę teraz od Marka. Adres masz. Jeśli nie znajdę samochodu, pójdę pieszo na stację.
Marek pobladł.
— Po co mówisz takie rzeczy?
Patrzyłam prosto na niego.
— Żeby wiedziała.
Anka powiedziała do słuchawki:
— Włącz lokalizację. Zostaję na linii. Nie rozłączaj się.
Włączyłam. Marek stał w drzwiach i się nie ruszał.
— Ewa, obrażasz mnie.
— Nie. Wychodzę.
— Przyjechałaś do mojego domu, jadłaś przy moim stole, a teraz robisz ze mnie jakiegoś wariata?
— Nie nazwałam cię wariatem.
— Ale dokładnie tak się zachowujesz.