To mieszkanie zaczęło ją przygniatać. Każdy kąt pełen był duchów przeszłości: tu razem z Piotrem tapetowali ścianę, w tej kuchni wybierali lampę nad stół, w przedpokoju on uczył Zosię stawiać pierwsze niepewne kroki. I pewnego ciepłego weekendu, kiedy Magda odwiozła córkę do babci na działkę, powiedziała sobie: dość. Musiała w końcu wymieść z domu jego ślady, inaczej zwariuje.
Zaczęła od rzeczy pozostawionych w szafach i na balkonie. Stare koszule, narzędzia z pudła stojącego przy przeszklonych drzwiach, niedorzeczna kolekcja kufli do piwa przywiezionych z różnych krajów — wszystko lądowało w wielkich czarnych workach. Pod wieczór przyszła kolej na schowek. Była to wąska, lecz głęboka ciemna komórka na końcu długiego korytarza, szczelnie zapchana pudłami z bombkami, butami poza sezonem, popsutymi walizkami i słoikami. Magda włączyła bladą żarówkę pod sufitem, kichnęła od kurzu i zabrała się do przekopywania tego małego składu rupieci. Chciała zrobić miejsce na rowerek Zosi i swoje materiały fryzjerskie, żeby nic już nie przypominało jej o dawnym, zagraconym życiu.
Kiedy wyniosła na korytarz trzy ciężkie pudła zapomnianych gratów, dotarła wreszcie do samego końca schowka. Tam, oparty o ścianę i przyciśnięty starym, ciężkim komodem bez szuflad, stał wysoki przedmiot ciasno owinięty czarną folią budowlaną i kilkoma warstwami szerokiej szarej taśmy zbrojonej.
Magda zmarszczyła czoło, ocierając pot z czoła. Podeszła bliżej i przesunęła dłonią po dziwnym pakunku. Po kształcie i twardej fakturze pod folią bez trudu rozpoznała dywan. Prawie dwumetrowy, potwornie ciężki, zwinięty tak ciasno, jakby ktoś robił to z ogromnym wysiłkiem.
Nagle przypomniał jej się wieczór sprzed mniej więcej trzech lat. Piotr przyjechał wtedy późną nocą, przyprowadził jakiegoś kolegę, żeby pomógł mu wnieść do mieszkania ten właśnie rulon, sapał, klął pod nosem i cały był spocony. Na jej zaspane pytanie: „co to za koszmar?” odpowiedział z roziskrzonymi oczami: „Wyobraź sobie, za grosze załatwiłem prawdziwy, ręcznie tkany turecki dywan! Dziadek szefa zmarł, rodzina sprzedaje rzeczy po nim. Teraz kompletnie nie pasuje do naszego wnętrza, ale schowajmy go na razie w komórce. Przyda się, kiedy kiedyś kupimy dom pod miastem, dobrze?”.
Zmęczona Magda tylko obojętnie wzruszyła wtedy ramionami. Piotr często zapalał się do nagłych „świetnych okazji”. Rulon wcisnęli w najdalszy kąt schowka, zastawili kartonami i skrzynkami, a ona na kilka lat zupełnie o nim zapomniała.
Teraz jednak, patrząc na ten zakurzony, niepokojący kokon, poczuła zimny dreszcz sunący wzdłuż kręgosłupa. Dlaczego Piotr, tak pedantyczny i oszczędny aż do przesady przed rozwodem, nie zabrał swojego „prawdziwego, ręcznie tkanego dywanu”, który pewnie kosztował niemałe pieniądze? Dlaczego zostawił go w kurzu razem z mieszkaniem, które oddał jej bez walki?
Nagły, niemal bolesny impuls kazał jej chwycić za folię. Spróbowała przeciągnąć rulon na korytarz, bliżej światła. Pakunek okazał się absurdalnie ciężki. Nawet ona, silna kobieta przyzwyczajona do dźwigania kartonów z farbami i kosmetykami, z trudem ruszyła go z miejsca. Wlokąc go po jasnych panelach, zarysowała podłogę i, ciężko oddychając, dociągnęła do środka salonu.
Poszła do kuchni i wyjęła z szuflady ostry nożyk tapicerski z szerokim ostrzem. Serce biło jej tak mocno, jakby ugrzęzło gdzieś w gardle, a dłonie zrobiły się wilgotne. Uklękła przed czarnym plastikowym rulonem i wykonała pierwsze głębokie cięcie. Folia sucho zatrzeszczała, rozchodząc się pod ostrzem. Od razu uderzył ją dziwny, nieprzyjemny zapach: stary kurz, naftalina i słaba, metaliczna nuta.
Magda metodycznie, prawie wściekle rozcinała kolejne warstwy mocnej taśmy, odrywając je długimi pasami. Minęło około dziesięciu minut, zanim całkiem uwolniła materiał. To rzeczywiście był piękny stary dywan — gęsty, ciężki, z twardym włosiem w głębokim bordowym kolorze i zawiłym złotawym wzorem. Ale jego uroda nie miała teraz dla Magdy najmniejszego znaczenia. Środek ciasno zwiniętego rulonu dziwnie wypychał tkaninę, przez co całość miała nierówny kształt, jakby w środku ukryto coś twardego.
Oparła dłonie o bordowe runo i z całej siły pchnęła dywan od siebie, rozkładając go po podłodze.
Rozwinął się z głuchym, ciężkim łoskotem, odsłaniając to, co skrywał w środku. Magda gwałtownie cofnęła się, krzyknęła z przerażenia i boleśnie uderzyła plecami o nogę kanapy. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Salon zakołysał się przed nią, a w uszach rozległ się cienki, nieznośny pisk.
…wewnątrz dywanu leżało ludzkie ciało.
Magda nie wrzasnęła drugi raz. Dźwięk po prostu zniknął, jakby ktoś jednym ruchem wyłączył cały świat. Siedziała na podłodze, wciśnięta łopatkami w kanapę, i patrzyła na to, co miała przed sobą. Dywan nie rozwinął się do końca — zatrzymał się na szafce pod telewizorem — ale wystarczyło to, by zobaczyć wyschniętą, pomarszczoną dłoń wystającą spomiędzy fałd ciężkiej bordowej tkaniny. Palce przypominały korzenie starego drzewa, wygięte nienaturalnie, z połamanymi paznokciami. Fragment nadgarstka pokrywało coś szarobrązowego, podobnego do dawno zaschniętej skóry.
