„Twoje miejsce jest w kuchni, nie w biurze” — powiedział mój mąż przy swoich rodzicach, a ja w jednej chwili zobaczyłam, kim naprawdę dla niego jestem

— Uczciliśmy — powiedziała Anna gorzko. — Paweł właśnie oznajmił przy rodzicach, że moje miejsce jest w kuchni.

— Nie wierzę! — Marta aż sapnęła. — Przecież on zawsze wydawał się taki…

— Postępowy? — Anna westchnęła. — Też tak myślałam. Okazuje się, że tylko czekał na właściwy moment, żeby ustawić mnie w szeregu. I wybrał idealną widownię: swoich rodziców, żebym nie odważyła się sprzeciwić.

— I co zrobiłaś?

— Wyszłam. W połowie kolacji.

— I bardzo dobrze — stwierdziła Marta. — Co teraz?

To pytanie krążyło jej po głowie cały wieczór. Wrócić i udawać, że nic się nie wydarzyło? Zmierzyć się z Pawłem? A może nie wracać wcale i poprosić Martę o kanapę na kilka dni?

— Nie wiem — przyznała. — To nie chodzi tylko o słowa. Mam wrażenie, jakby zdjął maskę. Zobaczyłam kogoś, kogo nie znam. I to mnie przeraża. A jeśli wyszłam za mężczyznę, który mnie nie szanuje?

— Może próbował popisać się przed rodzicami? — podsunęła Marta. — Wiesz, niektórzy faceci przy ojcach nagle zamieniają się w jaskiniowców.

— Może — odparła Anna niepewnie. — Ale to żadna wymówka. Jeśli dla ich aprobaty potrafi mnie upokorzyć, to jakim jest mężem?

Telefon znów zawibrował. Wiadomość od Pawła: „Gdzie jesteś? Mama się martwi. Wracaj, porozmawiamy”.

Anna parsknęła bez radości. Nawet teraz chował się za matką.

— Napisał — powiedziała Marcie. — Chce, żebym wróciła i porozmawiała.

— I co zrobisz?

— Wrócę — zdecydowała po krótkim milczeniu. — Ale nie po to, żeby przepraszać. Tylko po to, żeby raz na zawsze postawić sprawę jasno.

Rozłączyła się i ruszyła w stronę mieszkania, zbierając siły. W środku panowała dziwna cisza. Nie było głosów z salonu, nie brzęczały naczynia, nikt nie udawał ciepłej atmosfery.

— Wróciłam — powiedziała cicho, wchodząc.

Paweł siedział sam w półmroku i patrzył przez okno.

— Twoi rodzice poszli? — zapytała, odwieszając płaszcz.

— Tak. Odprowadziłem ich — odpowiedział, odwracając głowę. — Gdzie byłaś?

— Spacerowałam. Myślałam. — Anna usiadła naprzeciwko niego. — Paweł, musimy porozmawiać.

— Przepraszam za tamto — wyrzucił z siebie szybko. — Nie powinienem mówić tego przy nich.

Popatrzyła na niego uważnie.

— Czyli problemem nie jest treść, tylko publiczność?

Poruszył się niespokojnie.

— Przekręcasz moje słowa. Chodziło mi tylko o to, że rodzina powinna być na pierwszym miejscu. U kobiety.

— A u mężczyzny już nie?

— Dlaczego ze wszystkiego robisz walkę? — zmarszczył brwi. — Istnieje pewien naturalny porządek. Mężczyzna zapewnia byt, kobieta troszczy się o dom. Tak zawsze było.

— Naprawdę w to wierzysz? — Anna pochyliła się ku niemu. — Odpowiedz szczerze. Kiedy się poznaliśmy, mówiłeś coś zupełnie innego. Podobało ci się, że mam ambicje. Co się zmieniło?

Odwrócił wzrok.

— Nic. Tylko… mama ciągle mówi, że powinniśmy już założyć rodzinę. A ty bez przerwy skupiasz się na pracy.

— Więc to jednak twoja matka? — w Annie znów zapłonął gniew. — Ona chce wnuków, więc ty próbujesz wcisnąć mnie tam, gdzie wam wygodnie?

— To nie chodzi o mamę! — Paweł podniósł głos. — Ja też chcę dzieci. Mam trzydzieści dwa lata. Wszyscy moi koledzy mają już rodziny, a my wciąż czekamy na jakiś idealny moment.

— Nigdy nie powiedziałam, że nie chcę dzieci — odparła Anna cierpliwie. — Powiedziałam, że chcę najpierw wejść w tę nową rolę. Żeby kiedy pójdę na macierzyński, nie zaczynać później od zera. To się nazywa planowanie, nie fanaberia.

— Ile? Rok? Dwa? Pięć? — Paweł zerwał się i zaczął chodzić po pokoju. — Potem będzie kolejny cel, kolejny projekt, kolejny awans. Gdzie jest koniec?

Nagle Anna zrozumiała. Nie chodziło tylko o dzieci. Bał się, że go wyprzedzi, stanie się zbyt samodzielna, zbyt silna, a on przestanie wystarczać.

— Przestań — rzucił ostro. — Nikt tak nie myślał.

— Myślałeś — powiedziała pewnie. — I właśnie dlatego zaczęłam się zastanawiać, czy ja w ogóle znam człowieka, którego poślubiłam. Czy może przez cały ten czas grałeś przede mną kogoś innego.

Cisza ciągnęła się ciężko. Paweł opadł z powrotem na kanapę i ukrył twarz w dłoniach.

— Nie chciałem cię zranić — powiedział w końcu. — Ale ty zawsze jesteś taka pewna siebie. A ja… ja mam poczucie, że tracę kontrolę.

— Kontrolę nade mną? — zapytała cicho.

— Nie! — Podniósł głowę. — Nad naszym życiem. Ty idziesz do przodu, a ja stoję w miejscu. Boję się, że któregoś dnia obejrzysz się za siebie, a mnie już tam nie będzie.

Ta szczerość zaskoczyła ją bardziej niż wcześniejsze oskarżenia. Spodziewała się wymówek, przerzucania winy. Nie tego.

— Paweł — powiedziała łagodniej, przysuwając się i biorąc go za rękę. — Wiesz przecież, że nie kocham cię za stanowisko. Nie uciekam od ciebie. Ale nie mogę przestać być sobą tylko dlatego, że ty się boisz.

— A moi rodzice? — zapytał. — Wiesz, jak oni myślą. Dla nich kobieta należy do domu. Ojciec ciągle mi powtarza, że nie potrafię zapanować nad własną żoną.

— Co jest dla ciebie ważniejsze? — zapytała Anna wprost. — Ich aprobata czy nasze szczęście?

Jego wahanie powiedziało jej więcej niż jakakolwiek odpowiedź.

— Rozumiem — odsunęła się. — Nie umiesz wybrać.