— Po co ci to, Julio? Zemsta?
Julia uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.
— Zemsta to emocja. Ja proponuję decyzję biznesową. Aktyw jest toksyczny, ale da się go oczyścić, zreformować i znów uczynić dochodowym.
Spojrzała matce prosto w oczy.
— On budował to wszystko dla dziedzica. Wygląda na to, że dziedzic właśnie przyszedł.
Oferta kupna, złożona przez specjalnie utworzoną Grupę Feniks, spadła na biurko Marka Wiśniewskiego jak granat z odbezpieczoną zawleczką.
Przeczytał ją raz, potem drugi. W końcu odrzucił papiery tak gwałtownie, że rozsypały się po ogromnym gabinecie z czarnego drewna.
— Kim oni są? — rzucił do telefonu ostrym głosem. — Skąd się wzięli?
Ochrona krążyła po piętrach, prawnicy nie spali całą noc. Odpowiedź okazała się prosta: niewielki, ale agresywny fundusz inwestycyjny o nienagannej reputacji, kierowany przez niejaką Julię Nowak.
To nazwisko nic mu nie powiedziało.
Na posiedzeniu zarządu panowała panika. Zaproponowana cena była obraźliwie niska, lecz realna. Innych ofert nie było. Banki odmawiały kredytów, partnerzy zaczęli się odsuwać.
— To wrogie przejęcie! — krzyczał siwiejący zastępca Wiśniewskiego. — Musimy walczyć!
Marek uniósł rękę i w sali natychmiast zapadła cisza.
— Spotkam się z nią osobiście. Zobaczymy, co to za ptak.
Negocjacje wyznaczono w neutralnej sali na najwyższym piętrze banku, między szklanymi ścianami i widokiem na miasto.
Julia weszła dokładnie o umówionej godzinie, ani sekundę wcześniej, ani później. Była spokojna, skupiona, ubrana w surowy garnitur ze spodniami. Po obu jej stronach siedziało dwóch prawników, podobnych do maszyn.
Marek Wiśniewski czekał przy stole. Spodziewał się bezczelnej bizneswoman, młodego karierowicza albo podstawionej twarzy. Nie spodziewał się jej.
Młodej, pięknej kobiety o znajomym odcieniu szarych oczu.
— Panie Marku — powiedziała, wyciągając rękę. Jej uścisk był twardy i pewny. — Julia Nowak.
Próbował przebić lód jej zawodowego opanowania, lecz nie drgnęła nawet powieka.
— Odważna propozycja, pani Julio — podkreślił chłodno jej imię, jakby chciał od razu wskazać jej miejsce. — Na co pani liczy?
— Na pańską przenikliwość — odpowiedziała głosem równie spokojnym jak ten, którym on kiedyś przemówił w sali porodowej.
— Wie pan, że pańska sytuacja jest krytyczna. Nie oferujemy najwyższej ceny, ale oferujemy ją teraz. Za miesiąc tej propozycji już nie będzie.
Położyła na stole tablet. Liczby, wykresy, prognozy — suche fakty. Każda cyfra była uderzeniem, każda linia na wykresie gwoździem w wieko jego imperium.
— Skąd ma pani te dane? — W jego głosie po raz pierwszy pojawiło się wahanie.
— Źródła są częścią mojej pracy — odparła z lekkim uśmiechem. — Pański system bezpieczeństwa, podobnie jak wiele rzeczy w pańskiej firmie, jest przestarzały. Zbudował pan twierdzę, ale zapomniał wymienić zamki.
Próbował naciskać. Wspominał o znajomościach, groził wpływami, żądał nazwisk inwestorów. Ona odbijała każde jego uderzenie z zimną pewnością.
— Pańskie znajomości są teraz zajęte tym, żeby nie stać zbyt blisko pana. A siła, która działa przeciwko panu, już została uruchomiona. Nazywa się rynek. Nazwiska moich inwestorów pozna pan, gdy podpisze dokumenty.
To była całkowita porażka. Marek Wiśniewski, człowiek, który przez ćwierć wieku budował swoje imperium, siedział naprzeciw młodej kobiety rozbierającej jego dzieło na części.
Wieczorem zadzwonił do szefa ochrony.
— Chcę wiedzieć o niej wszystko. Gdzie się urodziła, gdzie studiowała, z kim sypia. Przewróćcie jej życie do góry nogami. Mam wiedzieć, kto za nią stoi.
Szef ochrony przyszedł do gabinetu blady i położył przed nim cienką teczkę.
Wiśniewski chwycił ją natychmiast.
W dokumentach widniało: Julia Nowak. Data urodzenia: 12 kwietnia. Miejsce urodzenia: szpital położniczy przy Madalińskiego. Matka: Anna Nowak.
Niżej leżała kopia aktu urodzenia. W rubryce „ojciec” była kreska.
Marek wpatrywał się w datę. Dwunasty kwietnia. Pamiętał tamten dzień: deszcz, szare miasto za oknem, słowa, które wtedy wypowiedział tak lekko, jakby nie ważyły nic.
Podniósł wzrok na szefa ochrony.
— Kim jest jej matka?
— Niewiele znaleźliśmy. Prowadziła kiedyś niewielką pracownię krawiecką, potem produkcję odzieży. Sprzedała ją kilka lat temu.
Wiśniewski opadł na oparcie fotela. Przed oczami mignęła mu twarz młodej kobiety, wyczerpanej po porodzie. Twarz, którą przez dwadzieścia pięć lat starał się wymazać z pamięci.
Przez cały ten czas szukał siły stojącej za Julią. Czyjejś męskiej ręki, potężnego patrona, kogoś, kto prowadził tę „figurę” po planszy. A za nią stała nieznana dla świata kobieta: Anna Nowak. I córka. Jego córka.
Kiedy to zrozumiał, nie poczuł skruchy. Poczuł zimną wściekłość. Przegrał bitwę jako biznesmen, ale wciąż mógł spróbować wygrać wojnę jako ojciec. Tytuł, którego nigdy nie używał, nagle wydał mu się najważniejszym atutem.
Zadzwonił na jej prywatny numer, zdobyty przez asystenta.
— Julio — powiedział bez wstępu, po raz pierwszy zwracając się do niej po imieniu. Jego głos brzmiał inaczej: nie władczo, lecz miękko, niemal ciepło. — Musimy porozmawiać. Nie jak konkurenci. Jak ojciec i córka.