Znajomy mojego męża przy wszystkich wrzasnął: „Gruba idiotka!”, wepchnął mnie do basenu, a potem był w szoku, gdy dowiedział się, kto od lat utrzymywał jego firmę

— Kasiu — powiedział — tort oczywiście robi wrażenie. Tylko może lepiej byłoby nie przerabiać na siebie aż tyle kremu, co? — zaśmiał się, po czym odwrócił się do gości. — Nasza Kasia, jak widać, bardzo kocha słodkie. Widać, prawda?

I klepnął mnie po ramieniu.

Stałam obok czterokilogramowego tortu, nad którym pracowałam sześć godzin, a patrzyło na mnie dwadzieścia osób. Ktoś spuścił wzrok. Ktoś wymusił krzywy uśmiech. Ewa badała wzrokiem swój kieliszek.

W środku coś mi kliknęło. Nie wybuchło. Właśnie kliknęło. Jakby zatrzasnął się zamek.

— Marek — powiedziałam bardzo równo — ten tort jest wart sześćset złotych. Włożyłam w niego sześć godzin pracy. Przed chwilą obraziłeś człowieka, który przyniósł ci ręcznie zrobiony prezent. Dlatego zabieram tort z powrotem.

I zamknęłam pudełko.

Cisza zrobiła się tak gęsta, że było słychać, jak gdzieś na zapleczu kapie woda.

— Ty mówisz poważnie? — Marek zamrugał.

— Jak najbardziej.

Podniosłam pudełko. Cztery kilogramy. A ręce nawet mi nie drgnęły. Odwróciłam się i ruszyłam do wyjścia.

Piotr dogonił mnie dopiero na parkingu.

— Katarzyna, zaczekaj.

— Poczekam w samochodzie.

— No przecież on nie chciał. On tylko…

— Piotr — postawiłam pudełko na masce auta. — On „tylko” już od siedmiu lat. Przy każdym spotkaniu. Przy wszystkich. Nie zamierzam dłużej udawać, że to normalne. Jedziemy.

Pojechaliśmy. Następnego ranka zawiozłam tort do cukierni. Ktoś kupił go w niecałą godzinę.

Całą drogę Piotr milczał. Dopiero w domu powiedział:

— On się obraził.

— Ja też — odparłam.

Tamtego wieczoru siedziałam sama w kuchni. Za oknem było cicho. Piłam herbatę i myślałam, że sześćset złotych to wcale nie jest ogromna kwota. I sześć godzin to też nie jest całe życie. Ale dwadzieścia osób, które zobaczyły, jak zabieram swój prezent z powrotem — to było coś nowego. Nie wiedziałam, czy postąpiłam dobrze. Ale plecy miałam proste. A to już coś znaczyło.

Dwa tygodnie później Marek zadzwonił tak, jakby nic się nie wydarzyło. Zaprosił nas na imprezę przy basenie. I zażartował: „Tylko tym razem bez tortów”.

Nie chciałam jechać. Ani trochę. Powiedziałam Piotrowi, że nie pojadę. Skinął głową. A potem, po kilku dniach, jednak zaczął:

— Kasiu, będą tam Bartek z Anetą. I Łukasz też. Sto lat się nie widzieliśmy. Nie proszę cię, żebyś godziła się z Markiem. Po prostu pojedźmy razem. Dla mnie.

Dla niego. Osiem lat — dla niego. Każde święto, każdy wspólny weekend, każde bezsensowne spotkanie. Kiedyś policzyłam: przez siedem lat widywaliśmy się z Markiem około sześćdziesięciu razy. Po osiem, dziesięć spotkań rocznie. I ani jednego bez kolejnej uwagi na temat mojej wagi, jedzenia, figury albo ubrania.

Sześćdziesiąt spotkań. Sześćdziesiąt upokorzeń. Za każdym razem albo się uśmiechałam, albo milczałam, albo po prostu wychodziłam do innego pokoju. A Piotr później niezmiennie mówił: „On przecież nie miał nic złego na myśli”.

Mimo wszystko pojechałam.

Marek miał dom pod Warszawą. Dużą działkę, basen, miejsce na grilla. Wszystko ładne, wszystko drogie, wszystko wystawione na pokaz. Uwielbiał demonstrować: patrzcie, czego się dorobiłem. Białe leżaki, podświetlona woda, muzyka z głośników. Gości było osiemnaścioro. Połowę znałam, reszty nie.

Założyłam zabudowany kostium kąpielowy, a na niego tunikę. Rozmiar pięćdziesiąt dwa — tak, jestem dużą kobietą. I wiem o tym. Wiem codziennie, kiedy się budzę, ubieram, jadę do pracy, prowadzę pięć cukierni i wypłacam pensje trzydziestu dwóm osobom. Moja waga to moja waga. Nie jego sprawa.

Pierwsza godzina minęła spokojnie. Marek kręcił się przy grillu i zagadywał nowych gości. Siedziałam na leżaku, piłam lemoniadę i rozmawiałam z Anetą. Lubiłam Anetę. Ona też była dużą kobietą i też dostawała od Marka swoje „żarciki”, tylko rzadziej, bo widywali się najwyżej dwa razy w roku.

Potem podszedł Marek. Z kieliszkiem w dłoni. Z tym swoim firmowym uśmiechem. Opalony, wysportowany. Stanął obok.

— Kasiu, a ty czemu nie idziesz do wody? Woda świetna.

— Nie mam ochoty — odpowiedziałam.

— Oj, daj spokój! Wszyscy pływają. Czy boisz się, że basen wystąpi z brzegów?

Ktoś prychnął. Dwie, może trzy osoby. Reszta udawała, że nie słyszy.

Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się do Anety. Kontynuowałam rozmowę. Myślałam, że zaraz odpuści. Jak zwykle. Powie coś paskudnego, ja przemilczę, wieczór się skończy, wrócimy do domu.

Ale Marek nie odszedł. Stał tuż za moimi plecami. Czułam jego cień.

I nagle krzyknął tak, żeby usłyszeli wszyscy:

— Gruba idiotka! No dawaj do wody!

I mnie popchnął. Mocno. Obiema rękami w plecy. Właśnie wstałam z leżaka, żeby od niego odejść, i stałam przy samym brzegu.

Woda. Uderzenie całym ciałem. Chlor w nosie. Tunika natychmiast nasiąkła i pociągnęła mnie w dół. Wynurzyłam się, złapałam krawędzi. W uszach mi dudniło. Widziałam go u góry — stał, śmiał się, rozkładał ręce: „No co, przecież żartowałem!”.

Patrzyło na mnie osiemnaście osób. Ktoś się śmiał. Ktoś milczał. Piotr biegł do mnie od grilla. Ewa stała blada jak ściana.